Facebook Twitter Gplus RSS
formats

W obronie Szmajdzińskiego

Published on 17/04/2015 by in Kraj, Miesięcznik

 

Dziennikarza śledczego TVN24, Macieja Dudę, znam, można powiedzieć – per procura, a dokładniej przewinął mi się w papierach, gdy gromadziłem dokumentację do artykułu poświęconego Ryszardowi Boguckiemu. Bogucki oskarżony, jak wiadomo o współudział w zabójstwie gen. Marka Papały, po latach został z tego zarzutu uniewinniony i teraz żąda wielomilionowego odszkodowania. Zainteresowałem się tym epizodem albowiem liczba kłamstw, dziwnych przypadków i prób wrobienia go w to morderstwo, była zastanawiająca. Wśród różnych szpargałów znalazłem sensacyjną publikację Macieja Dudy. „Dotarł” on otóż do grypsu pisanego jakoby przez Boguckiego z więzienia do Edwarda Mazura. Ten gryps był dla śledczych darem z niebios, ostatnim ogniwem, które wiązało biznesmena z bandytą i zamykało w logiczną całość oskarżenie Mazura o zlecenie zabicia Komendanta Głównego Policji. Duda stał się bohaterem, media trąbiły o jego odkryciu na okrągło. Rzecz w tym, że po specjalistycznych badaniach okazało się, że gryps jest komputerowo sklejonym kolażem, a więc procesowo czymś nic nie wartym… Nie słyszałem, żeby wykryto tego, kto ten śliczny „dowód” spreparował ani żeby Duda wracał do tej sprawy. Pomyślałem sobie wówczas, że redaktor jest niczym klucz francuski – nada się do wkręcenia każdej śruby. Gdy wiele lat temu ja zostałem wrobiony w „fałszywkę” Kaczyńskiego, natychmiast przyznałem się do błędu, przepraszałem w sądzie, na pierwszej stronie przeprosiło także moje ówczesne miejsce pracy. No, ale ja jestem staromodny. Duda zaś pojawił się w TVN24. Ostatnio, jako „odkrywca” tajemnic 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Znów uchodzi za guru.

Co mnie to obchodzi, pomyślałem sobie, każdy orze jak może. Gdy jednak zaczął tłumaczyć, że skandaliczny upadek tego Pułku zaczął się za Jerzego Szmajdzińskiego, to mnie to już obchodzi jak najbardziej. Byliśmy z Jurkiem dobrymi kolegami, szanowaliśmy się. Ponieważ on nie może się bronić, ja muszę wystąpić w jego obronie. Nie będzie Duda pluł mu w twarz.

Gdy Jerzy Szmajdziński sprawował funkcję Ministra Obrony Narodowej Pułk mógł wystawić cztery doskonale przygotowane i wyszkolone załogi do lotów TU-154. Gdy Aleksander Kwaśniewski wylatywał w dłuższą podróż, Pułk wystawiał zawsze dwie załogi – nie, dlatego, że prezydent lubił bizantyjski styl, tylko takie były procedury zapewniające bezpieczeństwo. Wtedy nie brano pilotów z łapanki, a już żeby ktoś niedouczony wskoczył w grafik lotów, w ogóle nie było mowy. Z najważniejszymi osobami w państwie latał sam dowódca Pułku i jego najlepsi podkomendni.

To nie za Szmajdzińskiego organizacja i dyscyplina w 36 Pułku spadły na dno. Skoro piloci mogli fałszować wyniki egzaminów i wiedząc o swojej niedoskonałości mieli czelność zasiadać za sterami, to morale w tym pułku było nawet niżej niż dno. TVN24 wylicza punkt po punkcie jak fałszowano i co. Tyle, że o bezmyślnym doborze pilotów do wykonywania najważniejszych zadań, o fałszerstwach w dokumentacji lotniczej, a także meteorologicznej mówiło się w związku z tą katastrofą od początku. Opinia publiczna, ogłuszona wrzaskiem o mgle, bombie próżniowej i wybuchach, przygnieciona współczuciem dla bliskich ofiar, nawet się nad tym nie zastanawiała.

Co nie znaczy jednak, że już można ludziom wmówić wszystko, zaś to, co dla obecnego establishmentu niewygodne, szczelnie zasłonić. A TVN24 i jego Duda to właśnie usiłują robić.

Szukanie źródeł katastrofy smoleńskiej w czasach, gdy szefem MON był Jerzy Szmajdziński, jest bezczelną manipulacją. Jest próbą podzielenia się odpowiedzialnością za śmierć 96 osób z jedną z nich. Duda i TVN24 twierdzą, że Szmajdziński podpisując w 2004 roku nowe zasady wynagradzania żołnierzy 36 Pułku spowodował ich masowe odejście do cywila, a tym samym drastyczne obniżenie poziomu wyszkolenia. Tymczasem istota decyzji Szmajdzińskiego polegała na tym, że wszystkie dodatki, które każdy wojskowy otrzymywał za swą służbę, wliczono do poborów, nikt nie stracił nawet pięciu groszy. Przeciwnie – każdy zyskał, co można wykazać porównując tabele płac przed i po podpisaniu przez Szmajdzińskiego nowej siatki. Tak na marginesie – pilotom zostawiono tzw. dodatki lotne. Nowa siatka płac nie była więc żadnym powodem do odchodzenia z 36 Pułku i takich odejść w czasach Szmajdzińskiego nie było. Albo więc Duda kłamie sam z siebie, albo papuguje po biegłych. To drugie też jest możliwe, gdyż wyczuwanie politycznego wiatru i chronienie własnych tyłków w każdej sytuacji stało się specjalnością polskich urzędników wszystkich profesji i szczebli.

To nie za Szmajdzińskiego, nie w 2004 i 2005 roku najlepsi piloci zaczęli odchodzić. Masowo zaczęli opuszczać wojsko w roku 2006-2007, już za kadencji Aleksandra Szczygły, podobnie jak cały PiS obsesjonisty na punkcie PRL.

Obsesja posunięta była do tego stopnia, że Szczygło i jego przyboczni wypychali z wojska każdego, kto szkolił się i robił karierę w Polsce Ludowej. Piloci, jako pilnie poszukiwani specjaliści na rozwijającym się rynku lotnictwa cywilnego, nie musieli więc znosić niczyich fochów, oskarżeń i politycznych dewiacji. Jeśli chodzi o 36 Pułk doszło do tego, że pilotom zabroniono wyjeżdżać na szkolenia do Rosji! Tymczasem TU-154, jako samolot wyprodukowany w Rosji tam przechodził serwisy i przeglądy. Także tylko w Rosji były symulatory niezbędne do szkolenia pilotów do latania tym samolotem w każdych warunkach. W Polsce takich nie było! Tego szaleństwa nie zatrzymał ani ówczesny Zwierzchnik Sił Zbrojnych ani zwierzchnik Zwierzchnika, ani liczni dziennikarze, którzy po cichu zacierali ręce, że „dobrze tak, komuchom”. Wrzask, który PiS-owcy od pięciu lat podnoszą nie zagłuszy ani prawdy ani ich sumień.

Degrengolada 36 Pułku nie skończyła się wraz z dojściem do władzy PO. Minister Klich pod względem ideologicznego zaćmienia umysłu nie odbiegał wiele od ministra Szczygły. To za jego czasów dowódcą 36 Pułku, w którym służyło stu pilotów, został nie pilot! To tak jakby dyrygentem orkiestry symfonicznej mianował stroiciela fortepianów.

Siemoniak natomiast w ogóle nie zawracał sobie tym Pułkiem głowy – rozwiązał go i jest z tego dumny. VIP-ów wożą wypożyczone z LOT-u Embraery. Samoloty tej marki startowały nieudanie w minionych przetargach na samolot rządowy. Właściwie to nie miały żadnych szans z konkurencją kanadyjską, a zwłaszcza francuską. Za każdym razem przetarg jednak unieważniano.

Proszę jednak do tego bałaganu, niekompetencji i politycznego zacietrzewienia, które złożyły się na tragedię smoleńską nie mieszać Jerzego Szmajdzińskiego. A przynajmniej poczekać aż wymrą wszyscy byli dowódcy 36 Pułku, odstawieni do cywila, wysoko w strukturach MON ulokowani oficerowie, i w ogóle wszyscy, którzy pamiętają jak było. Wtedy rzeczywiście redaktor Duda i TVN24 będą mieli wolną rękę.

 

Marek Barański

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Kto rządzi na Ukrainie czyli między nami oligarchami

Published on 29/03/2015 by in Aktualności, Świat

Kto to jest oligarcha? Na Ukrainie to słowo oznacza człowieka, który doszedł do ogromnych pieniędzy w niejasny sposób, na ogół w wyniku prywatyzacji majątku państwowego, a następnie pomnaża te pieniądze korzystając z powiązań z instytucjami państwowymi. Często zresztą, żeby sobie oszczędzić kłopotów, zaczyna zastępować państwo, kupując jego przedstawicieli albo „wybierając” ich do parlamentu. Niekoniecznie drogą fałszerstw wyborczych. To już niemodne. Teraz wspiera się wielkimi pieniędzmi „niezależnych” kandydatów, albo tych, którzy formalnie reprezentują jakąś partię. Z punktu widzenia oligarchy bez znaczenia jaką. Po ostatnich wyborach do Rady Najwyższej okazało się, że ludzie na przykład Ihora Kołomojskiego są w Bloku Petra Poroszenki, ugrupowaniu Arsenija Jaceniuka, jak i Batkiwszczinie Julii Tymoszenko. A może także w innych ugrupowaniach. Jakie to ma znaczenie? Ważne, że nie zapominają, kto dał pieniądze na ich wybór i kto jeszcze może im dać pieniądze także na inne cele, choćby na rozkręcenie w przyszłości własnego biznesu.

Poza pieniędzmi i mniejszym lub większym kawałkiem władzy prawdziwy oligarcha ma własne media. Przede wszystkim telewizję, ale na ogół także gazetę, rozgłośnię radiową, portale internetowe. Dzięki nim ma mieć wizerunek prawdziwego patrioty, bezinteresownie troszczącego się o ojczyznę. Ostatnio oligarchowie fundują sobie także własne armie.

Wszystkie te atrybuty ma Ihor Kołomojski. Przede wszystkim ogromne pieniądze. Jest właścicielem setki przedsiębiorstw. Klientami jego PrivatBanku jest 20 mln Ukraińców. Ma telewizję „1+1”. W ostatnim roku zafundował sobie także prywatną armię. Wcale nie taką kieszonkową – kilka batalionów dobrze opłacanych bojowników, uzbrojonych tak, że oddziały armii ukraińskiej mogłyby pozazdrościć. Na początku 2014 roku pełniący obowiązki prezydenta Ołeksandr Turczynow mianował go gubernatorem Obwodu Dniepropietrowskiego. Mówi się, że Kołomojski ma też ogromny wpływ na władze w Charkowie, Odessie, Zaporożu i Winnicy, czyli całej środkowowschodniej Ukrainie. Dziś jest to już nie do końca aktualne. To znaczy pieniądze i wpływy pozostały, ale gubernatorem nie jest. W nocy z 25 na 26 marca kolega Poroszenko „wyraził zgodę” na prośbę Kołomojskiego o odwołanie go z tego stanowiska. — Dlaczego kolega? — Bo to prawie równolatki i bliscy znajomi. Ale przede wszystkim Poroszenko, jak Kołomojski jest jednym z najbogatszych Ukraińców, właścicielem czekoladowego koncernu Roshen i kilkudziesięciu innych przedsiębiorstw na Ukrainie i w Rosji (w Lipiecku i w zarządzanym przez Rosję Sewastopolu na Krymie!). Jego własnością jest telewizyjny „Kanał 5”. Zanim sam został prezydentem pełnił funkcje ministerialne w ekipach kilku prezydentów, w tym Janukowycza. Słowem oligarcha jak się patrzy. Pewnie też z tego powodu Kołomojski mu dotychczas nie przeszkadzał. Ale ostatnio niektórymi sprawami zainteresowali się Amerykanie. Jak to jest – zaczęli pytać – Ukraina finansowo ledwie zipie, a zyski z przedsiębiorstw paliwowych z większościowym udziałem państwa płyną do kieszeni prywatnego przedsiębiorcy? Ambicjonalnie podrażniony Poroszenko, w końcu najwyższy urzędnik Ukrainy, błyskawicznie spowodował zmianę prawa tak, aby Kołomojski nie mógł blokować przekazywania zysków państwu. W dodatku władze w Kijowie postanowiły odwołać ludzi Kołomojskiego z zarządów tych przedsiębiorstw.   Wtedy oligarcha postanowił sprawę załatwić, jak miał w zwyczaju. Zjawił się z uzbrojonymi ludźmi w siedzibie najważniejszego z nich z zamiarem przywrócenia porządku. I nie wiadomo, jak by to się skończyło (zwłaszcza, że PrivatBank Kołomojskiego nie bał się zablokować „w wyniku awarii systemu” kilkadziesiąt milionów dolarów na kontach Poroszenki), gdyby o rozmowę z Kołomojskim nie poprosił ambasador USA w Kijowie Geoffrey Pyatt. Po niej władca Dniepropietrowska poczuł się zmęczony sprawowaniem stanowiska gubernatora i poprosił o dymisję.

Jakkolwiek wpływ ambasadora obcego mocarstwa na stan spraw w kraju jego rezydowania źle się w Polsce kojarzy, to jednak przyznać trzeba, że ukrócenie warcholstwa jest dobrym uczynkiem. A co do dalszego ciągu – zobaczymy. W końcu Poroszenko rozmawiając z Kołomojskim po podpisaniu jego dymisji powiedział, że jest przekonany, że pozostanie on patriotą Dniepropietrowska i całej Ukrainy. Kilkanaście godzin później na konferencji prasowej obaj zgodnie oświadczyli, że nie ma między nimi konfliktu ani nieporozumień.

Czyżby to miało oznaczać, że kruk krukowi…

Stanisław Jędraszko                                                                                              

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Miller i Gazeta

                Brutalni, wściekli, źli

Od lat jestem zdania, że „Gazeta Wyborcza”, to środowisko oszczędnie gospodarujące prawdą, labilne moralnie, no i niewyobrażalnie bezczelne.

Z wyjątkową ostrością ujawniają się te „przymioty” w ostatnich dniach. Do białej gorączki doprowadził redakcję – i to od razu dwa razy – Sojusz Lewicy Demokratycznej, który zażądał stanowiska Sejmu wobec nasilających się na Ukrainie przejawów nacjonalizmu sankcjonowanego przez władze państwowe oraz zgłosił projekt ustawy o rekompensatach finansowych dla ofiar „planu Balcerowicza”. Oczywiście gazetowa ciężka artyleria wzięła na cel przede wszystkim Leszka Millera.

Stosunek „Gazety” do Rosji, Ukrainy i wydarzeń na Ukrainie jest bezgranicznie antyrosyjski. Wystarczy, że byle kto, czyj wpływ na społeczeństwo rosyjskie jest taki, jak wpływ publicystki „Wyborczej” na postawy polityczne Eskimosów, ogłosi, że jest wrogiem Putina, na łamach „Gazety” natychmiast wyrasta na herosa walki o wyrwanie Rosji z pęt putinowskie tyranii. Dla „Gazety” Rosja z definicji jest złem, Ukraina wyłącznie dobrem. Rosja zagraża Polsce w każdej godzinie, a nawet minucie, Ukraina przeciwnie – kocha nas szczerze i niczego od nas nie chce. Rosyjskie zbrodnie na Polakach są piętnowane z całą zasługującą na to bezkompromisowością, ale najdziksze nawet zbrodnie, jakich na naszych rodakach dopuścili się Ukraińcy, uparcie są relatywizowane.

Kolejna cecha charakteryzująca postawę redakcji wobec wydarzeń na Ukrainie, to piętnowanie Rosji, jako jedynej odpowiedzialnej za to, do czego doszło. Bardzo być może, że tak właśnie trzeba, ale rzecz nie jest bynajmniej jednoznaczna. Jest wielu publicystów i polityków na Zachodzie, którzy wskazują na odpowiedzialność amerykańską i Unii Europejskiej. Warto o tym rozmawiać, zanim przyjmie się tak jednoznaczne stanowisko. Także o przyczynach wydarzeń na wschodzie Ukrainy – czy to bowiem Rosjanie chcieli Ukraińców rusyfikować, czy może jednak na odwrót – Ukraińcy „ukrainić” Rosjan? Czy to Rosjanie mówili, że chcieliby wziąć do ręki „kałacha” i wybić wszystkich Ukraińców, czy może pani Tymoszenko chciała w ten sposób pozbyć się Rosjan? Czy to Rosjanie pchali się do Norfolk, czy może (z wykorzystaniem Ukraińców) Amerykanie do Sewastopola?

„Gazeta” nie zadaje takich pytań i wymaga takiej postawy od wszystkich – przymknijmy oczy, nie wracajmy do bolesnej przeszłości, bo trzeba zrozumieć, że dla Ukraińców wojna toczona przez Banderę, jest ich mitem narodowym. Otóż tym różni się „Gazeta Wyborcza” od społeczeństwa, że ona jest na to gotowa, my nie. Może też kiedyś będziemy, ale na pewno nie w cieniu pomników Bandery. W naszych uszach minuta ciszy ku czci Szuchewycza, brzmi, jak dzwon na trwogę. Wniosek o państwowe honory dla Petra Diaczenki, to jak plunięcie w twarz powstańcom warszawskim z Czerniakowa i żołnierzom 1 Armii Wojska Polskiego, którzy próbowali przyjść im z odsieczą. Nie ma na to zgody – czy to się „Gazecie” podoba czy nie. A że się nie podoba, to jasne.

Powstaje pytanie, dlaczego? Co się stało, że redaktor naczelny występujący u początków „Gazety” na jednym z balów w mundurze rosyjskiego generała, co było żartem z Rosji, ale sympatycznym, teraz pisze i każe pisać o Rosji wyłącznie toporem?

Spotkałem się z dwoma teoriami na ten temat. Co ciekawe, żadna nie traktuje poważnie zapewnień „Gazety”, że chodzi wyłącznie o obronę demokracji, prawa Ukrainy do decydowania o własnym losie, o wspieranie dobra w walce ze złem. W to nikt nie wierzy. W przeszłości „Gazeta” nie raz użyła zbyt wielu wielkich słów – nawet w rozmiarze chińskiego muru – do swych małych interesów, więc może dlatego słowa „moralność”, „prawda” i „bezinteresowność” nie należą do zbioru tych, którymi się ją opisuje.

Pierwsza teoria tłumacząca postawę „Wyborczej” jest taka, że ze wszystkich sił i z całą determinacją wspiera ona polski rząd, który ubiega się o miano najlepszego sojusznika USA w Europie. Nazywa to polską racją stanu, a polska racja stanu, to dla niej wartość najwyższa… Może – kto chce niech wierzy. W każdym razie taka „racja stanu”, która z Rosji czyni pierwszego wroga Polski, a z Polski pierwszego wroga Rosji, na pewno nie jest w naszym interesie. Nawet gdyby USA przysposobiły nas jako 51 stan. Nasza racja stanu, to jak najgłębsza integracja z Unią Europejską i dobre stosunki z sąsiadami.

Druga teoria zaś mówi (choć ja w nią nie wierzę), że antyrosyjska linia pisma, jest osobistą zemstą redaktora naczelnego na prezydencie Rosji. Poszło podobno o to, że w trakcie jednego ze spotkań w Włodzimierzem Putinem w ramach tzw. „Klubu Wałdajskiego”, red. Michnik został przez prezydenta Rosji potraktowany zdawkowo, choć nie powinien – dopominał się przecież o wypuszczenie z łagru „sumienia Rosji”, Michaiła Chodorkowskiego, który siedział za politykę, czy za złodziejstwo – już nie pamiętam. W każdym razie Michnik porównywał potem Chodorkowskiego do Mandeli, a Putin, który go ostatecznie rzeczywiście wypuścił przed terminem, potraktował jak przestępcę, który poprosił o ułaskawienie.

Jest jasne, że te dwie teorie w sposób daleko niepełny odpowiadają na pytanie o „zoologiczną” antyrosyjskość i „ślepą miłość” ukraińską „GW”. W każdym razie Miller musiał podrażnić jakiś wyjątkowo bolesny nerw „Wyborczej”, skoro skopali go aż tak brutalnie. Co prawda jej publicyści nigdy nie wzdragali się atakować swoich przeciwników wyłącznie epitetami, ale nazwanie Millera „agentem ideologicznego wpływu Rosji w Polsce” przekracza wszelkie granice. Ciekawe jak czułby się zespół „Wyborczej”, gdyby zaczęto mówić, że jest ona „organem partii banderowskiej” w Polsce.

Znacznie prościej jest zrozumieć drugi powód „Gazetowej” furii wymierzonej w Millera. Chodzi o projekt ustawy o rekompensatach dla ofiar „planu Balcerowicza”. Pojawił się on w momencie, gdy prawicowa większość uchwaliła ustawę o pomocy finansowej dla opozycjonistów działających w PRL. To kolejny rachunek wystawiony Polsce przez ludzi „Solidarności”. „Gazeta” stanęła na czele oburzonych „bezczelnością” Millera i pierwsza zwyzywała go od „byłych członków Biura Politycznego” i od aparatczyków korzystających w latach 80. z przywilejów. Trzeba mieć tupet! Przecież zanim Polska lat 80. stanęła w obliczu dramatycznej niewydolności systemu gospodarczego, to jednak był to końcowy etap 45-letniej historii, której karty zapisywał nie tylko Miller. Gdy towarzysze staliniści lali beton pod gmach swojej władzy Miller latał z koszulą w zębach. To nie on i nie jego matka korzystali z przywileju zamieszkiwania w pięknych mieszkaniach na Belwederskiej, na Puławskiej, Wiejskiej, jego matka nie wysyłała go do szkoły z wykładowym rosyjskim, nie on ręce po łokcie sobie urabiał, żeby przerobić polskich harcerzy na pionierów, a Polskę na mały Związek Radziecki. Również w latach 60. nie miał nic do gadania, gdy nadal rozbudowywano przemysł ciężki, a podwyżkę cen artykułów żywnościowych rekompensowano obniżkami cen lokomotyw. „Familia” „Gazety Wyborczej” naprawdę mogłaby się jednak trochę miarkować, gdyż to nie w Millera szafie trupy klekocą.

Ekonomia socjalistyczna lansowała urawniłowkę na niskim poziomie – każdy zarabiał mało, na ogół żył jednakowo skromnie, w zamian za co, państwo gwarantowało pracę i niskie ceny na podstawowe artykuły. To się długo udawało, ale w końcu system się załamał, bo nie ma takiej gospodarki na świecie, której nie napędzają dochody od ludności. Nie da się bez końca produkować drożej, a sprzedawać taniej. W tę kwadraturę koła zostaliśmy wpędzeni co prawda nie z własnej chęci, ale za to przez chętnych naśladowców ekonomii radzieckiej. Potem były już tylko konsekwencje, aż do „terapii szokowej” Leszka Balcerowicza. Wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z dnia na dzień sklepy wypełniły się szynkami – wystarczyło tylko podnieść cenę szynki o kilkaset procent.

W 1989 roku zmieniło się niemal wszystko. Wydawało się, że wszelkie kłopoty polska ekonomia i gospodarka mają już za sobą. Tymczasem Balcerowicz zastąpił dogmat o planowej gospodarce socjalistycznej innym – receptą na uzdrowienie polskiej ekonomii jest liberalizm w skrajnej dziewiętnastowiecznej postaci.

Nikt rozsądny nie zaprzeczy, że Balcerowicz ma niewątpliwe zasługi w tym, że polska gospodarka uwolniła się od dotychczasowej księżycowości. Ale też nikt nie zaprzeczy, że transformacja pociągnęła za sobą ogromne skutki. Jej koszty bez wątpienie mogłyby być o wiele mniejsze. Tymczasem sukces transformacji jest klęską milionów Polaków. Projekt SLD tylko o tym przypomniał.

Reformy Balcerowicza odmieniły Polskę także w tym sensie, że jednym wymościły drogę do bajecznego bogactwa, a drugich zepchnęły na sam spód społecznej hierarchii. Państwo rzuciło w odmęty gospodarki rynkowej miliony ludzi nieumiejących pływać i powiedziało im: radźcie sobie.

Po latach „dzieło” Balcerowicza i „Solidarności”, mimo wrzasków „Wyborczej” poddane zostało fundamentalnej krytyce zarówno przez ekonomistów tej miary, co profesor Grzegorz Kołodko, jak i przez wybitnych ekonomistów i polityków związanych z „Solidarnością”, że wymienię tylko prof. Tadeusza Kowalika, prof. Karola Modzelewskiego (za kapitalizm nie siedziałbym ani minuty), charyzmatycznego Jacka Kuronia (spieprzyliśmy to), czy przez wybitnego intelektualistę, Marcina Króla (byliśmy głupi). „Gazeta” woli o tym nie pamiętać. Zamiast tego pisze dyrdymały, że na transformacji ustrojowej nikt nie ucierpiał, albowiem rząd Tadeusza Mazowieckiego wyjątkowo szczodrze traktował potrzeby socjalne obywateli, których zakłady pracy zostały zlikwidowane. Na przykład – wielu ludzi w pełni sił mogło przejść na wcześniejszą emeryturę… Życzyłbym redaktorom zasmakowania tego cymesu – gdzieś na prowincji, gdzie dzień podobny jest do dnia, w miasteczku, które z krańca na kraniec można przejść w pół godziny, gdzie życie beznadziejnie przecieka przez palce, a wyjechać nie ma za co. Owszem – zwalniani dostawali odprawy i mogli z pieniędzmi robić, co chcieli… Tylko, co mogła dójka pracująca w pegeerze, kowal z pegeerowskiej kuźni, lub szwaczka, która pół życia szyła jeden ścieg? Zapisać się do „inkubatora biznesu”, założyć własną firmę? Pieniądze szybko się skończyły i do dziś całe rodziny żyją ze zbierania grzybów, jagód, z prac sezonowych przy zbieraniu truskawek, ze sprzątania po domach. Nie ma co – fantastyczna kariera, wspaniały rozwój zawodowy, który setkom tysięcy obywateli zafundował pan Balcerowicz i jego kompania. Poza tym, skoro jest tak wspaniale, to z jakiego powodu prawie trzy miliony młodych Polaków szuka chleba za granicą?

Dlaczego więc „Wyborcza” tyle lat, z takim zapamiętaniem i determinacją broni Balcerowicza? Moim zdaniem ma wobec niego dług wdzięczności. Pisał o tym i mówił Ryszard Bugaj, a więc ktoś, kogo w najmniejszym stopniu nie można posądzać o sympatie eseldowskie, wręcz przeciwnie. Można wiele mieć mu za złe, ale to jednak jest ideowiec, który twa przy swoich zasadach bez względu na okoliczności. Otóż opisał on jak elita „Gazety Wyborczej” się uwłaszczyła. Otóż na starcie przedsięwzięcia pod nazwą „Gazeta Wyborcza” około 100 wiodących postaci Agory otrzymało majątek w akcjach wart około 1 mld zł. No, ale, żeby te pieniądze mieć w ręku, trzeba było potem akcje sprzedać. Sprzedając trzeba było zapłacić podatek. I w tym momencie jak z nieba spadł im projekt zmian w ustawie o podatkach, którego autorem było ministerstwo finansów. Dowodził nim wówczas, minister i wicepremier w jednym, Leszek Balcerowicz. Projekt pozwalał uniknąć podatku od dochodu ze sprzedaży akcji, nabytych wcześniej w obrocie niepublicznym. W praktyce z tej dobroci ministerstwa mogła skorzystać stosunkowo niewielka grupa, ale w której mieścili się ludzie „Gazety”. Oszacowano wtedy, że oszczędności tych szczęśliwców mogły sięgnąć nawet 600 mln. złotych. Pamiętam notatkę z „Rzeczpospolitej o zamiarze sprzedania akcji Agory przez jedną z pierwszoplanowych postaci „Gazety Wyborczej”. O ile się nie mylę podano wówczas, że wartość rzeczonych akcji wynosi 80 mln. złotych.

Czy nie jest to powód do ciepłej pamięci o prof. Balcerowiczu i wystarczająca motywacja, żeby w jego obronie skoczyć do gardła każdemu, kto kwestionuje „terapię szokową”?

                                 Marek Barański

PS. Cały artykuł Ryszarda Bugaja można przeczytać pod linkiem http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/87132,jak-uwlaszczali-sie-ludzie-wyborczej.htm

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
1 Comment  comments 
formats

Nawet Walter ten sam

Published on 08/03/2015 by in Kraj, Miesięcznik

Kalisz. Przyjechała Magdalena Ogórek. Z tłumu dziennikarzy pada pytanie pani redaktor z TVN. Magdalena Ogórek odpowiada. Potem na drugie, na kolejne – rozmowa trwała 9 minut. W wieczornych programach informacyjnych stacji ani słowa. W to miejsce jakiś starszy zwolennik SLD, który narzeka, że szwankowała informacja, bo on dowiedział się o wizycie pani Ogórek dzięki telefonowi kolegi.
Ostrów Wielkopolski. Spory tłumek na rynku. Na rynku, ale nie w kadrze. W kadrze samotna Magdalena Ogórek z szefem swojego sztabu wyborczego u
boku. Tylko oni, przestrzeń i wiatr…
Czym różni się TVN od telewizji Macieja Szczepańskiego?Niczym. Nawet Walter ten sam.

Marek Barański

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

To Polska została oszukana!

Published on 19/02/2015 by in Aktualności

No, to wszystko jasne! Każdy bandzior i morderca może udać się do Strasburga po pieniądze na najpotrzebniejsze zakupy. Dwaj mordercy ponad 3 tys. ofiar, które zginęły pod gruzami WTC, decyzją Europejskiego Trybunału Praw Człowieka mają dostać od polskiego rządu po sto kilkanaście tysięcy euro za rzekome cierpienia zadane im podobno na terenie Polski. Ponieważ obaj siedzą w amerykańskim więzieniu w Guantanamo, to na wypiskę chyba…

Polska nie godziła się, żeby CIA miała na jej terenie tajne więzienia do torturowania łotrów.

Polska podpisała z USA umowę o współpracy wywiadowczej. Amerykanie ją złamali.

To nie ówczesny prezydent i premier zostali oszukani.

To Polska została oszukana!

Pora, by kolejne ekipy rządowe wyciągnęły z tego wnioski i przestały wreszcie – mówiąc językiem dyplomatów – “robić Ameryce laskę”.

 

Marek Barański

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

I to byłoby na tyle

Published on 06/02/2015 by in Aktualności

           

Po trzech latach miesięcznik lewicy „Tak Po prostu” przeszedł do historii.

Dziękuję wszystkim publicystom i współpracownikom pisma. Redagować z nimi gazetę, to była przyjemność zawodowa i ogromna satysfakcja osobista. Chyba nie musimy się wstydzić, tego, co udało nam się zrobić.

Niestety sponsor nie mógł już dłużej samotnie ponosić kosztów naszego istnienia. I tak długo wytrzymał, jak na niego. Chwaleni przez wielu, niewielu mieliśmy zwolenników, którzy raz w miesiącu gotowi byliby ponieść wydatek w wysokości trzech złotych. Znacznie łatwiej wyrzekać, że „lewica dopuściła do tego, że nie ma żadnego swojego pisma”. No, nie ma.

Wypadałoby na koniec powiedzieć: – Do zobaczenia w lepszej przyszłości… Niestety w moim wieku już nie snuje się tak dalekosiężnych planów.

Marek Barański

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

50 tysięcy lat

Published on 05/02/2015 by in Kraj, Miesięcznik

Co łączyło liderów homo sapiens i środowisk neandertalskich? Jeśli wierzyć antropologom z Instytutu Maksa Plancka w Lipsku oba gatunki ssaków nie tylko zamieszkiwały wspólnie te same tereny naszej Europy, ale też kopulowały ze sobą. Czyniły tak pomimo dzielących ich różnic kulturowych i genealogicznych. Kopulowały regularnie i tak często, że mieliśmy do czynienia nie z okazjonalną kopulacją – aktem dowodzącym dominację jednego osobnika nad drugim, lecz kulturowym seksem. Ciągłym zbliżeniem, wspólnotą wręcz, w celu osiągania maksymalnej przyjemności.

Relacje obu formacji, homo sapiens i neandertalskiej, wspomniały mi się podczas ceremonii pogrzebowej nieodżałowanego Józefa Oleksego. Kiedy chowając Go do grobu liczne autorytety medialne i polityczne naszego kraju przypominały zasługi zmarłego. Niezwykle ciepło Go wspominając. Wtedy bezsprzecznie dowiedziałem się, że oto umarł postkomunista, ale też człowiek. PZPR–owiec, lecz niewątpliwy, polski patriota. Do tego jeszcze aktywny budowniczy. Nie tylko Polski Ludowej, ale i Trzeciej Rzeczpospolitej. I to tej europejskiej Rzeczpospolitej.

W zeszłym roku rządzący obecnie Polską solidaruchy wyprawiły sobie uroczyste srebrne wesele. Dwudziestopięciolecie powstania Trzeciej Rzeczpospolitej. Powstałej w wyniku kompromisu dwóch, wcześniej wrogich gatunków politycznych. Jeszcze rządzących, ale świadomych wyczerpania swych sił witalnych, komuchów i naładowanych świeżym poparciem społecznym solidaruchów. Kompromisu między komuszym oportunizmem, czyli niechęcią do radykalnych zmian, i solidarnościowym radykalizmem. Pragnieniem zmiany. Nawet bez posiadania jej programowego fundamentu. Symbolem tego historycznego kompromisu jest Okrągły Stół. Tam w efekcie politycznego seksu obu formacji zrodziła się Trzecia Rzeczpospolita.

Dalsze dzieje solidaruchów i komuchów przypominają stosunki homo sapiens z neandertalczykami. W efekcie rywalizacji homo sapiens wygrali kulturowo. Stali się bardziej atrakcyjni, dominujący. Choć neandertalscy mieli większe powierzchnie mózgowe. W czasie pogrzebu Józefa Oleksego lider „neandertalskich” komuchów Aleksander Kwaśniewski przypomniał zasługi swej pokoleniowej formacji w tworzeniu nowoczesnej, wolnej Polski. Niesłusznie zapomniane. Grzmiał w obronie honoru i pamięci wybitnych działaczy młodzieżowych i politycznych Polski Ludowej, ludzi kultury, którzy współtworzyli potem Trzecią Rzeczpospolitą. Bo wedle obowiązującego dzisiaj przekazu zasłużoną dla Polski jest tylko jedna strona tamtego kompromisu okrągłostołowego. Solidarnościowa. Aktualnie rządząca i traktująca komuchów jak politycznych neandertalczyków. Ale to komusze elity są też temu winne. Same sobie taki los zgotowały. Przecież kiedy liderzy komuchów jeszcze w Trzeciej Rzeczpospolitej rządzili, to starannie unikali honorowania swego politycznego, kulturalnego „neandertalu”. Za to podlizywali się solidaruchom przy każdej okazji, jak kiedyś neandertalczycy sprytniejszym homo sapiens. Oddali im pisanie dziejów i kultury. Bez walki. Choć byli prezydentami, premierami, prezesami giełdowych spółek. Mieli władzę polityczną, pieniądze. Jednak w kwestiach polityki historycznej, tworzeniu kultury zachowywali się jak ludzie prymitywni. Dlatego dziś pozostaje im nawoływanie do sprawiedliwości już tylko podczas swych mów pogrzebowych.

Nie traćmy jednak nadziei. Dzięki wysiłkowi badawczemu naukowców z Instytutu Maksa Plancka dowiedzieliśmy się w łaśnie, że współczesny człowiek, ten demokratyczny i kulturalny, nie jest czystym homo sapiens. W naszym genotypie mamy też geny neandertalskie, bo jeszcze 50 tysięcy lat temu nasi neandertalscy i homo sapiens przodkowie spółkowali ze sobą. Ku chwale przyszłej Polski. Zatem moi przyjaciele, wybitni liderzy środowisk komuszych, mogą dalej nic nie robić, spać spokojnie. Minie tylko 50 tysięcy lat i wreszcie nauka sprawiedliwie odkryje nasz dawny wkład w tworzenie dobra Polski.

Piotr Gadzinowski

Nr 35/2015, LUTY

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Strach ma piękne oczy

Published on 04/02/2015 by in Kraj, Miesięcznik

 

Dr Magdalena Ogórek wskoczyła w sam środek zatęchłego stawu polskiej polityki. 

 

Całe prawo chce pisać od nowa – ha, ha! A po co, skoro jest dobrze. Rolnikowi można zabrać traktor, kamienicę sprzedać jak oborę – razem z ludzkim pogłowiem, mordercę puścić wolno, a niesprawnego umysłowo „złodzieja” wsadzić za kraty za kradzież batonika. Żeby jeszcze ta Ogórek była od Palikota, z ruchów miejskich, niechby i z Unii Pracy, ale ona jest z SLD! „Warszawka” nie posiada się z oburzenia, szydzi i aż kipi ze złości.

Tomasz Lis: „Wbrew wielu wcale nie uważam, że Magdalena Ogórek jest skazana na fatalny wynik. Przeciwnie. Uważam, że poparcie dla niej może nawet sięgnąć kilkunastu procent. Od lat, z uwagą, dzień po dniu, śledzę wyniki oglądalności programów telewizyjnych. Otóż w Polsce kabarety mają bardzo dobrą oglądalność. Więcej, im są słabsze, tym lepsze. Czyż nie powinno być to źródłem nadziei?”.Wanda Nowicka: „Pani Ogórek, to taka nowa forma paprotki”. Jacek Żakowski: „Broń Kobieca. Magdalena Ogórek jest Stanem Tymińskim XXI wieku. Ale mu nie dorówna”. Powarkują zasłużone w walce o równouprawnienie kobiet feministki, a także, a jakże, cała plejada pań i panów z „Gazety Wyborczej”, która od lat jest liderem w walce o wysokie standardy życia publicznego w Polsce i o Polskę jako taką.

Wśród licznych zarzutów pod adresem Magdaleny Ogórek jeden zwłaszcza jest forsowany: brak kwalifikacji. Gdy po raz 148 zadano to pytanie Leszkowi Millerowi, rozeźlony odpowiedział: to może porozmawiamy o elektryku? Jakąż furię wywołał! – Wałęsa kierował dziesięciomilionowym związkiem zawodowym, prowadził najtrudniejsze pertraktacje, dostał Nobla, no i – last but not least – doprowadził do „waszego upadku, towarzyszu Miller”. (To ostatnie, to Stanisław Tym). I po co się tak denerwować? Przecież nie zmieni to faktu, że Lech Wałęsa „nie przeczytał w życiu żadnej książki”, przez co tym większa, nie do przecenienia i nie do zapomnienia, jest rola jego doradców.

Nie w pojedynkę Wałęsa przerobił „socjalizm z ludzka twarzą” w „dziki kapitalizm”. Pamiętam konferencje prasowe z tamtego czasu. Przewodniczący „Solidarności” występował w różnie skonfigurowanym, ale zawsze tym samym towarzystwie Bronisława Geremka, Janusza Onyszkiewicza, Jacka Kuronia, Tadeusza Mazowieckiego, Adama Michnika, Karola Modzelewskiego, Andrzeja Celińskiego, Bogdana Lisa i wielu, wielu innych. On stroszył wąsy, a mówili oni. Relacje między nim, a doradcami były podobne jak między Johnem Kennedym i Merlin Monroe. Ona, choć zdolna, piękna i seksowna bez niego do legendy by chyba nie przeszła. Lech Wałęsa przeszedł, bo na szczęście ma o wiele bardziej odporną psychikę.

Właśnie przeprowadził się do gabinetu w Europejskim Centrum Solidarności. Z okna rozciąga się przepiękny widok na resztki stoczni, która go wyniosła na szczyty. Centrum może zwiedzać każdy – bilet normalny kosztuje 17 złotych. Pewnie za jakąś dopłatą będzie można także oglądać na żywo i w kolorze legendę „Solidarności”, człowieka, który „miał wystarczające kwalifikacje” żeby zmienić świat… Docenienie roli i uznanie zasług nie oznacza wszelako, że nikt nie ma prawa wyjść poza narrację szkolnej czytanki i każdy ma udawać, że nie widzi, tego, co widać.

Czy zatem dr Magdalena Ogórek będzie Wałęsą? Oczywiście, że nie będzie. Wałęsa jest nie do podrobienia, jest symbolem walki o godność. Jego doradcy mówili: człowiekowi nie wystarczy tylko miska zupy, musi jeszcze być wolny, musi poczuć się obywatelem. Dziś należy mówić: człowiekowi nie wystarczy, że jest wolny, że może czuć się obywatelem, musi jeszcze mieć miskę zupy. Dlaczego ma tego nie powiedzieć dr Magdalena Ogórek? Bo to się nie podoba paru panom i paniom? To zbyt słaby argument.

Czytam: „Zaledwie dwa razy zaprezentowała nam się do tej pory kandydatka SLD na prezydenta. Raz, żeby oznajmić, że kandyduje, drugi, by odczytać z kartki swoje credo. Dla wyborcy niewystarczająco i oszczędnie”. Czytam to na łamach „Gazety”, której od siedmiu lat nie przeszkadza, że choć credo Donalda Tuska wymagało czterech godzin do jego wygłoszenia, to cały jego program społeczno-gospodarczy sprowadzał się do ciepłej wody w kranie. Potem przesiadł się z tramwaju linii „PO” do tramwaju linii „UE”, zostawiając następczynię z workiem obietnic do spełnienia. Ona dorzuciła parę swoich, ale ludzie już się na to nie nabierają. Program dla jej rządu zaczynają więc pisać związkowcy – ów uczeń czarnoksiężnika, który podpatrzył, jak się zmienia socjalizm w kapitalizm, a gdy przestało mu się to podobać, przy pomocy tych samych zaklęć chciałby przywrócić socjalizm, tyle że w kapitalizmie…

A jaki program mają panowie Palikot, Kalisz, albo druga kobieta zgłaszająca aspiracje prezydenckie, pani Anna Grodzka? Co oni mówią poza banałami? Dlaczego więc tak brutalnie wzięto pod obcasy dr Magdalenę Ogórek? Bo ledwie się pokazała, już wysforowała się na trzecią pozycję w prezydenckim wyścigu. Jak tak dalej pójdzie, to zebrane przez nią głosy w połączeniu z głosami innych kontrkandydatów prezydenta Komorowskiego mogą zmusić go do walki w drugiej turze. Wtedy może być różnie, bo czy rozpieszczany od pięciu lat przez media „wujek Bronek” gotów jest do prawdziwej walki? To, co pani Ogórek ma do powiedzenia skierowane jest przede wszystkim do ludzi młodych – do młodych małżeństw wchodzących w wiek średni, choć ciągle na dorobku, do bezrobotnych magistrów i do biednych bogaczy na „etacie” za 1300 złotych, bez uprawnień, ale za to pod groźbą natychmiastowego zwolnienia. Myślę, że sygnał, który wysłała mógł obudzić ich ciekawość. A to już bardzo dużo, gdy chodzi o ludzi wściekłych, choć dotąd milczących.

Także tzw. „żelazny elektorat” musi spojrzeć prawdzie w oczy – nadchodzi czas nowego pokolenia lewicy, dobrze wykształconych Europejczyków, którzy w wolnej Polsce sprostali wymogom współczesności, a jednocześnie zachowali lewicową wrażliwość. Ludzi, którzy nie wstydzą się swych ojców i dziadków, ale swoje ambicje lokują w przyszłości. Mają własne dążenia, które nie ograniczają się do niekończących się i nikogo już nieinteresujących „walk plemiennych”, ani do przypinania kotylionów i sadzenia „dębów wolności”. Dr Ogórek jest z zupełnie innej bajki. Niech więc jej przeciwnicy nie martwią się, co zrobi „żelazny elektorat”. On dobrze wie, że dla polskiej prawicy dobry komuch, to martwy komuch. Nad grobem potrafią mówić: „mąż stanu”, wychwalać zasługi polityczne i zalety osobiste… Nawet tego, którego nazwali „Olinem”, któremu zatruli życie, zatrwożyli rodzinę i złamali karierę u jej szczytu. Dlatego są „żelaznym elektoratem”, że się na to nie nabierają. To, czego doświadczyła Magdalena Ogórek u progu kampanii, to dopiero uwertura do wycia, które nastąpi. Nie trzeba się jednak lękać, to tylko wynajęci klakierzy, jak Hiszpanie przebrani za katarskich kibiców – za darmowy wikt, opierunek i 2 tys. euro na głowę. Z raportu przedstawionego przez zespół parlamentarny ds. obrony wolności słowa wynika, że w latach 2008-2012 rząd Donalda Tuska wydał na reklamy i ogłoszenia 124 622 539 zł. W przypadku reklamy w ogólnopolskich dziennikach, najwięcej, bo 51,6 proc. zgarnęła „Gazeta Wyborcza”. W przypadku tygodników najwięcej na rządowych reklamach zarobiła „Polityka” (47 proc.) oraz Newsweek (45 proc.)

Może to i prostackie skojarzenie, ale w kultowym serialu TVP „Ranczo” jeden z bohaterów – wiejski artysta dyskotekowy – przyprowadza do profesora muzyki swoją żonę, która z niezbędnych do śpiewania predyspozycji posiada tylko wielką chęć. Po pierwszej próbie profesor wyrzucił oboje za drzwi, powodując rozpacz u kandydatki na idolkę. Jej mąż wraca więc do profesora, wyjmuje zwitek banknotów i kładzie przed nim kolejne stuzłotówki. Po trzeciej pyta: starczy? – Panie, ja mam słuch absolutny, ja cierpię słysząc coś takiego. Przy szóstej stuzłotówce zgodził się jednak cierpieć. – I chwalić ją ma! – Za co, pyta oszołomiony profesor. – Za sześć stów na godzinę! No!…

Marek Barański

nr 35/2015, LUTY

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Szczypta szaleństwa

Published on 01/02/2015 by in Kultura, Miesięcznik

Rozmowa z Julią Kijowską

 

 

 - Czego Pani szuka w teatrze?

- W teatrze zaczynałam uprawiać zawód aktorki spektaklem w reżyserii Bogusława Lindy „Tramwaj zwany pożądaniem” w warszawskim Ateneum i do teatru wracam.

- Niektórzy pisali, że to Pani debiut teatralny.

- To jakaś pomyłka. Nawet podczas jakiegoś wywiadu ktoś mnie zapytał, co się stało, że po takim długim czasie od ukończenia szkoły teatralnej, nagle „debiutuję” w teatrze. Tymczasem ja debiutowałam w stołecznym Teatrze Polskim już w trakcie studiów – a było to w „Lombardzie pod Apokalipsą” w reżyserii Piotra Łazarkiewicza. Tuż po ukończeniu szkoły miał miejsce mój debiut właściwy: „Wiara, nadzieja, miłość…” Grażyny Kani. Potem w Teatrze Dramatycznym spędziłam trochę lat i udało mi się parę ciekawych rzeczy zrobić. Teatr jest źródłem, do którego trzeba wracać. Dla mnie takim drogowskazem tego, czego w teatrze szukać, jest mistrzostwo Mai Komorowskiej. Byłam jej studentką, a potem miałam zaszczyt pracować z nią ze studentami, prowadzić ich od pierwszego roku przez cztery kolejne aż po dyplom, oparty na noweli Jarosława Iwaszkiewicza „Panny z Wilka”…

 - …słynne przedstawienie, jeden z najwyżej cenionych dyplomów Akademii Teatralnej…

- …rzeczywiście, okazał się sukcesem. Tak więc nie czuję, żebym daleko od teatru odeszła. Po prostu był taki moment, kiedy więcej propozycji pojawiło się ze strony fi lmu. Teraz znowu przyszedł czas na teatr, żeby z nim mocniej poromansować. Chciałabym znaleźć sposób, żeby to jakoś łączyć.

 - To znaczy, że związek z Ateneum wygląda na serio?

- Zobaczymy, jak się to potoczy, ale jest na serio, bo podpisałam stosowne dokumenty i jestem tam na etacie. Nie wiem, co się wydarzy. Na razie nie chcę o planach mówić. Po „Tramwaju” czekam na coś, do czego się naprawdę zapalę.

 - W „Tramwaju” podjęła Pani wyjątkowo trudne zadanie: rola Blanche opromieniona kreacjami Vivien Leigh w filmie Kazana, ale i Aleksandry Śląskiej w Ateneum, mogła paraliżować. Czuła Pani to tchnienie przeszłości?

- Starałam się, żeby mnie to nie sparaliżowało. Na szczęście nie miałam na początku świadomości, co to jest za tekst. Nie zdarzyło mi się wcześniej zetknąć z dramaturgią Williamsa w pracy. W szkole teatralnej dość często bierze się ją na warsztat, chociaż teraz, po moim doświadczeniu z tym tekstem, byłabym ostrożna z próbą wchodzenia w tę dramaturgię zbyt wcześnie. Ale chyba ani ja, ani Bogusław Linda nie byliśmy świadomi tego, jaką presję ten tekst tworzy. To jest rola szyta na miarę dla każdego osobno, od nowa, w ogóle jest niemożliwe, żeby ją fi ltrować przez cudzą osobowość, bo ona sięga bardzo głęboko i trzeba się jej dokopywać we własnej psychice. Nie ma wobec tego najmniejszego sensu oglądać się na innych. Ale oczywiście myślę o tej roli z pokorą, pamiętając o tych wszystkich aktorkach, które się z tą rolą mierzyły. Żałuję, że nie mogłam zobaczyć Aleksandry Śląskiej. Są oczywiście zdjęcia, ale to tylko ślady.

 - Dla Vivien Leigh rola Blanche oznaczała wielkie koszty, być może nawet początek jej choroby psychicznej. Kiedy się ogląda Panią w tej roli, widać, że gra Pani w ogromnym napięciu. Czy nie dochodzi do niebezpiecznego przekroczenia granicy między pani „ja” osobistym i postacią?

- Jeszcze parę lat temu wydawało mi się, że można swobodnie te granice przekraczać. Teraz, z doświadczeniem znacznie lepiej panuję nad emocjami i pracuję nad tym. Wiem, że to konieczna higiena tego zawodu. Lubię porównywać sytuację aktorki do baletnicy, która na scenie porusza się w specjalny sposób, ale potem wychodzi na ulicę i chodzi jak wszyscy. Może od czasu do czasu noga pójdzie jej nieco wyżej niż zwykłemu przechodniowi. Trzeba się bardzo pilnować. Zdarzyło mi się przestraszyć takiego stanu, że wszystkie słowa, jakie mam do dyspozycji, to słowa ze sztuki, emocje tylko te ze sztuki, takiego zamknięcia w wyimaginowanym świecie. Słów i stanów doświadczanych bardzo jeden do jednego, przerażająco realnie. To się zdarzyło przy okazji pracy nad rolą Blanche. Mam więc dużo pokory i staram się pilnować.

 - To zapewne nie jest rola, w którą można wejść mimochodem, wprost z ulicy.

- Bywa tak, że im dłużej człowiek przygotowuje się do skoku, tym bardziej się go boi. A potem słabsze bywają rezultaty. Ja bardzo potrzebuję skupienia, przychodzę dużo wcześniej do teatru, to zresztą kwestia indywidualna. Ja muszę się rozgrzać , przygotować do wejścia na scenę, ale z drugiej strony trzeba uważać, żeby się nie nastawiać za bardzo. Teraz jestem na takim etapie, że czekam aż sama siebie zaskoczę, że zaskoczy mnie to, co się stanie. Bardzo lubię stan takiej ciekawości, ochoty odkrywania. Ciągle mogę jeszcze bardzo dużo w tym tekście odkryć. Gdybym wychodziła na scenę ze świadomością tego, jaką drogę muszę przebyć, ile jest do zrobienia do tej ostatniej sceny, w której Blanche znajdzie się na dnie rozpaczy… można by zwariować. Nie, sięgam po kolejne myśli i stany. Idę tą wyznaczoną sceniczną drogą krok po kroku. Ale staram się nie zostawiać wszystkiego, co wiem o sobie samej w danym dniu, o nastroju i kondycji w garderobie. Próbuję tego użyć, wpisując to oczywiście w partyturę, którą Williams sugeruje. Tego uczyła mnie Maja Komorowska.

 - Blanche to kobieta nasycona emocjami, ale przecież, choć legendarna, to postać fikcyjna. Tymczasem zmierzyła się Pani z inną postacią-legendą, już nie z literatury, ale z realnego świata, pierwszą kosmonautką Walentyną Tierieszkową. Skąd ten pomysł?

- Spotkałam się z Wojciechem Farugą, reżyserem tego spektaklu w Teatrze Dramatycznym – pracowaliśmy nad „Ryszardem III”, i choć do premiery ostatecznie nie doszło, wiedzieliśmy, że kiedyś będziemy chcieli coś razem zrobić.

 - I stało się.

- Długo to trwało, Wojtek mnie namawiał na jakiś rodzaj monodramu, a ja się bardzo boję tego słowa „monodram”. Kojarzy mi się z kimś, kto przez dwie godziny na kameralnej scenie zajmuje sobą uwagę innym i nie jestem w stanie się do tego przekonać. Natomiast miałam ochotę na jakieś szaleństwo. Nazywam to „one man show”, mimo że to termin angielski, ale nie mogę znaleźć dobrego polskiego odpowiednika. Miałam ochotę na coś bardziej spektakularnego niż monodram.

 - Ale „Walentyna” to jest przecież monodram!

- Może tak, nie wiem.

 - Monodramy tak komponowane robił za młodu Wojciech Siemion, otaczając się nie tylko przedmiotami, ale i ludźmi, muzykami, aktorami.

- No, tak. Może decydujące jest to, że odpowiedzialność za całość spoczywa na jednym aktorze. I tak rzeczywiście w „Walentynie” jest. Zanim powstał spektakl telewizyjny zrobiliśmy to na scenie Teatru Studio, ale samodzielnie, przy współpracy DSH (Domu Spotkań z Historią) z okazji 4 czerwca. To była przygoda robienia czegoś zupełnie niezależnie, poza strukturami instytucji artystycznych. Wybór tematu wynikał z naszej ciekawości, kim była, kim jest Tierieszkowa. Okazało się niespodziewanie, że moja Babcia spotkała kiedyś Walentynę w ambasadzie w Paryżu. To było w dniu Święta Konwalii, święta zburzenia Bastylii. Babcia zapamiętała taki obraz, który nas zainspirował: Tierieszkowa nie mówiła obcymi językami, więc usiadła sobie z boku po oficjalnych uroczystościach, a dzieci podchodziły do niej, przyklękały i kładły jej na kolanach kwiaty. Ona jak święty obrazek te bukiety odbierała. Co to musiało być za przeżycie dla niej i jakie to było w ogóle przeżycie dla ludzi w tamtym czasie? Jej lot to była jakaś obietnica, że już będziemy wiedzieć, że dotykamy najważniejszej prawdy i teraz wszystko się zmieni. Poruszył mnie dylemat kobiecości, macierzyństwa, marzeń, te wszystkie elementy poskładały się dla mnie w tej postaci. W spektaklu opowiadamy o Walentynie w ciąży – to kosmos kobiecego doświadczenia. Konstruowaliśmy tekst korzystając z małej książeczki wydanej w latach 60. – „Pamiętniki kosmonautów”, która okazała się dla nas bardzo ciekawym materiałem, i fi lmu Macieja Drygasa „Stan nieważkości”. Spektakl był przygotowywany na jeden raz, bez planu, że będzie miał kiedyś szerszą publiczność, z tym większą odwagą do tego przystępowaliśmy.

- Czy próbowała Pani nawiązać kontakt z bohaterką?

- Nie, rzecz tyczy młodej Tierieszkowej, a nie Tierieszkowej dziś, jaką jest teraz. To inna historia. Zresztą kontakt z nią jest trudny – nie udziela wywiadów, publicznie ukazuje się raz do roku z okazji kolejnych rocznic swojego lotu, podejmowana przez Władimira Putina. Podczas jednej z takich wizyt zwierzyła się, że chciałaby umrzeć na Marsie. Nie wiem, czy miałabym o czym rozmawiać z Walentyną Tierieszkową. Ważna dla mnie była figura kobiety wysłanej w kosmos i wkomponowanej w pewien kontekst społeczny, to było dla mnie istotne.

 - W spektaklu ukazuje Pani, jak Tierieszkowa broni się przed ceremoniami na jej cześć, które ją męczą i dręczą.

- Ona tego nie chce, ale uciec od tego nie może. Musi też pamiętać, aby podziękować Komsomołowi, partii i rządowi ZSRR. Ona popełniła wiele błędów podczas lotu. Kiedy lądowała, stracono z nią łączność, zemdlała, poza tym zapominała testować żywność, było jej niedobrze, nie jadła, wbrew zaleceniom, ona była takim enfent terrible kosmicznego programu. Także jej związek małżeński stał pod znakiem zapytania, trochę to była taka opera mydlana: liczono, kiedy zaszła w ciążę i nic się nie zgadzało, pytano, kto jest ojcem. Sama Walentyna czulej wypowiadała się o Gagarinie albo o Walerym Bykowskim niż o swoim mężu, z którym się później rozwiodła. Wiele w tym jest niewiadomych. Jednak najbardziej ciekawiło mnie sąsiedztwo dwóch
wątków: kobiety, którą się przygotowuje do specjalnej misji, lotu w kosmos, i z drugiej strony kobiety, która ma urodzić dziecko. Te same pytania, które ona mogła sobie zadać, są żywe i dla mnie dzisiaj, a to przemieszanie dwóch światów, kosmosu i świata przeżyć osobistych okazało się kuszące.

 - Nie próbowaliście jednak z pierwszej kosmonautki dworować.

- Jej dramaty wcale nie wydają się przebrzmiałe, nie mamy łatwej oceny, nie wiemy jak to było, staramy się raczej zadawać pytania niż odpowiadać. Walentyna została wybrana spośród wielu kandydatek, które teoretycznie były przygotowane lepiej niż ona. Tiereszkowa miała dobre pochodzenie i bardziej pasowała do ofcjalnego wizerunku kobiety radzieckiej. Znacznie ciekawsze są jednak powody, dla których ona i inni kosmonauci chcieli się znaleźć w kosmosie, czego po tych dokonaniach się spodziewano. Wiele konsekwencji kosmicznych lotów otacza nas na co dzień, choćby telefony komórkowe, ale ten zasadniczy cel, jakieś kluczowe pytanie o sens, próba uchwycenia Boga za nogi, to się nie udało. Wstrząsające są wypowiedzi kosmonautów, np. Ghermana Titova, o tym, że latanie w kosmos okazało się jakąś wielką klęską. Nic się nie wyjaśniło. Nic w skali sensu życia, jego celu, a jakby na to trochę liczono. Dziś tak samo tego sensu szukamy, z takim samym zaangażowaniem, choć pewnie z mniejszym poświęceniem, bo w innych proporcjach. Historia „Walentyny” to ciągle aktualna historia, tylko ze skali makro zmieniliśmy obszar poszukiwań do skali mikro. Dzisiaj sensu szukamy z mikroskopem.

 - W spektaklu zmaganiom Walentyny towarzyszy Chór Kobiet niczym chór antyczny, świetnie zresztą grany przez śpiewaczki Chóru Harfa.

- Tak miało być od początku – Ona i Chór, 16 kobiet. Uznaliśmy, że to klasyczna, bardzo dobra konstrukcja. Śpiewaczki Harfy reprezentują rówieśniczki Tierieszkowej, potencjalne kandydatki, przygotowywane do lotu. Przed premierą w Teatrze Studio zorganizowaliśmy warsztaty z paniami, które pamiętały Walentynę, które opowiadały swoje historie związane z lotem w kosmos i swoimi przeżyciami. Karteczki, które w spektaklu Walentyna czyta, to są pytania, które napisały podczas warsztatów, wspominając je, jako te, które wiązały się z tym pamiętnym lotem. To było niezwykle ciekawe, bo obok pytań banalnych czy praktycznych, dotyczących na przykład fi zjologii podczas lotu, były też życzenia, żeby nie było trzeciej wojny światowej. Tak więc ich przeżycia były dla nas punktem odniesienia. Ważne, że one pamiętały tamten czas, ten moment ekscytacji i nadziei. Tego im autentycznie zazdroszczę. To był prezent dla całego pokolenia.

 - Wróćmy jeszcze na chwilę do teatru. Na premierze „Tramwaju”, a widziałem to, bardziej bodaj niż Pani denerwował się Pani ojciec, Janusz Kijowski, reżyser opromieniony sławą kina moralnego niepokoju, od lat dyrektor teatru w Olsztynie. Czy rozmawiacie o teatrze?

- Tak, oczywiście. Jego opinie są dla mnie ważne, lubię się z nim pospierać. Przez pierwsze parę lat po szkole myślałam, że to będzie dla mnie obciążenie – nazwisko ojca, że muszę udowodnić coś sama, jakoś się odnieść, wyodrębnić. Ale z czasem inaczej o tym myślę.

- Zmieniła się wasza relacja?

- Jesteśmy niezależnymi osobami, taka jest nasza relacja. Co więcej, z coraz większym zainteresowaniem przysłuchuję się temu, co mówi ojciec, ciekawi mnie, czy się z takimi samymi dylematami zmagał jak ja. Czasem wracam do oglądania jego dawnych fi lmów, bo to jest ciekawa dla mnie konfrontacja, rozmowa zawodowa.
Zdaje się, że traktujecie zawód dość podobnie.

 - Wie Pani, że nazywają Panią „szalona Julka”?

- Nie, nie wiedziałam. Naprawdę?

 - Chodzi oczywiście o Pani „zajadłość” w pracy.

- Przed takim szaleństwem się nie bronię. Rzeczywiście, angażuję się bez reszty. I pewnie powinnam pielęgnować w sobie jakiś rodzaj dystansu. Staram się uczyć powrotu do odpowiedniej równowagi i nadawania właściwego znaczenia sprawom. Ale jak się pracuje u boku pani Mai Komorowskiej, to pewnie chłonie się też jej styl pracy. U niej zachwyca mnie, z jaką uwagą skupia się na szczegółach. Chyba tym nasiąkłam. W tej pracy trzeba być pod napięciem, potrzebna jest szczypta szaleństwa.

Rozmawiał Tomasz Miłkowski

Nr 34/2015 STYCZEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Przeciw Rosji czy za Ukrainą?

Published on 26/01/2015 by in Aktualności

Nie jest wcale tak, że jak Rosjanom będzie trudniej, to Ukraińcom się poprawi. Prędzej można dopatrzyć się odwrotnego związku – poprawa w Rosji może pomóc gospodarce ukraińskiej. Jest to jednak możliwość, a nie automatyczny związek. 

.

 

Ukraina nie jest krajem trzeciego świata, ma wykwalifi kowanych ludzi i wcale niemały sektor nowoczesnego przemysłu. Tyle, że tworzony na potrzeby radzieckiego imperium. W Mikołajewskiej Stoczni (niedaleko Odessy) powstawały najnowocześniejsze okręty wojenne (w tym jedyny para-lotniskowiec „Kijew”), zakłady Antonowa pod Kijowem wytwarzają niezłe samoloty. Stąd przecież pochodzą ciężkie samoloty transportowe AN-124 Rusłan, czy największy (używany obecnie) An–224 Mirija. Rosyjskie śmigłowce do tej pory latają na ukraińskich silnikach, produkowanych w Charkowie, gdzie przy okazji powstają także rakiety.

W sumie Ukraina jest jednym z większych producentów broni (6 miejsce w świecie). Niestety, jej głównym odbiorcą była Rosja. Przyszedł jednak Majdan perspektywa dalszej kooperacji w tej dziedzinie została zawieszona. Jeśli patrzeć na to z krótkiej perspektywy, to nieszczęście. Jeśli jednak z długiej – być może wnioski powinny być odwrotne. Przede wszystkim rosyjski system nie jest żadnym sensownym wzorcem, systematyczne odchyla się od kierunku na efektywność ekonomiczną. Nastawiony jest na odbudowanie radzieckiej siły politycznej. Próbuje to robić bynajmniej nie przez podnoszenia jakości gospodarowania, ale przez udzielanie (lub zabieranie) poszczególnym krajom, według politycznego uznania, koncesji importowych, obniżek cen ropy i gazu czy zjednywaniu pieniędzmi polityków na skalę niemożliwą do zastosowania w ich własnych krajach. Rosyjska pompa paliwowa wydawała się wystarczająco wydajna, by efektywność zmonopolizowanego i skorumpowanego systemu odłożyć na później. Tym bardziej, że trzeba byłoby w tym celu zmienić cały system władzy. Reformy więc w tej sferze przypominałaby wsadzanie granatu pod swój własny stołek.

Ukraiński system polityczny i gospodarczy do czasu Majdanu niewiele różnił się od rosyjskiego. Rządzili oligarchowie, administracja przeżarta była korupcją, rośliny i zwierzęta na wspaniałych ukraińskich lessach odmawiały współpracy. Rosły niechętnie i nie myślały o jakości. Widocznie, podobnie jak ludzie, nie miały ani warunków ani motywacji. Sprowadzano wiec mnóstwo żywności z Zachodu, który jeszcze w XIX wieku nie głodował dzięki dostawom zboża z Odessy i Żytomierza. Aby produkcja rolna i przemysłowa rosły trzeba nie tylko reform, ale i pieniędzy. Oczywiście tych, które emituje amerykański FED i Europejski Bank Centralny.

Jeszcze przed erą Majdanu Ukraina miała do wyboru dwie ścieżki gospodarcze. Razem z Rosją, i razem z Zachodem. I nie był to tylko wybór polityczny. Pierwsza z nich oznaczała prostą kontynuację, a więc dreptanie przy silniejszym i bogatszym partnerze, za to bez wysokich kosztów przejścia na konkurencyjną gospodarkę rynkową. Istotne zbliżenie się do Unii Europejskiej oznaczało natomiast bolesne zmiany, zarówno dla klasy średniej jak i ukraińskiego establishmentu, spokojnie żyjącego z legalnego i nielegalnego pośrednictwa między producentami i importerami a resztą 45 milionowego kraju.

Przez ponad dwadzieścia lat nie było w narodzie tak silnej motywacji, by rozerwać pasożytniczą sieć urzędników i pseudo przedsiębiorców. Jak wiadomo, sporo się jednak zmieniło. Kontynuacja stanu rzeczy, tak oczywistego jeszcze rok temu, jest praktycznie niemożliwa. Trudno przecież liczyć na dalszy rozwój kooperacji rosyjsko–ukraińskiej. Ale co w zamian? Przede wszystkim pod znakiem zapytania znalazły się perspektywy tak ważnego dla Ukrainy sektora produkcji militarnej. Rosja już raczej nie będzie tu dobrym partnerem. Kraje NATO jej nie zastąpią. Opór przed kimś z zewnątrz jest tu bardzo silny. Lobby zbrojeniowe z pewnością znajdą dla kooperacji europejsko-ukraińskiej przeszkody nie do przezwyciężenia.

Większe szanse mają ukraińskie produkty chemiczne. Ten przemysł jest nieźle rozwinięty ze względu na bardzo dobre zaplecze surowcowe. Być może szanse ma także hutnictwo i przetwórstwo żelaza ze względu na bogate pokłady rud (Krzywy Róg) oraz innego rodzaju przemysł wydobywczy – Ukraina ma liczące się w świecie zasoby rud manganu, magnezu i tytanu. I to wszystko, poza tzw. Noworosją, która choć nieźle wyposażona w surowce, pewnie na długo pozostanie na uboczu gospodarczego obiegu tej części świata. Wykorzystanie ukraińskich surowców jest szansą dla Ukrainy. Przemiana jednak szans w realne produkty jest bardzo trudna. Szczególnie w przypadku przemysłu wydobywczego, gdzie potrzeba bardzo dużych kapitałów. Na to w tej chwili nie można liczyć. Tam gdzie jest niebezpiecznie, kapitał nie dopływa, tylko odwrotnie – ucieka stamtąd. Poza tym przybyszom z zewnątrz trudno połapać się w niezwykle rozwiniętym łapówkarskim taryfi katorze, gdzie wszystko, od byle jakiego zezwolenia, po stopień z egzaminu na uczelni i wyrok sądowy ma odpowiednia cenę. Dasz za mało – obrazisz, za dużo – nie zarobisz. To jest swojego rodzaju tajna wiedza ekonomiczna. Bardzo ważna, ponieważ szacuje się, że szara strefa na Ukrainie tworzy 40 proc. PKB Czy to można zmienić – z pewnością tak. Nie można jednak się łudzić, że da się to zrobić odgórnie. To rosyjskie myślenie. Tam dalej istnieje świadomość, że panaceum na wszystko może być mądry car.

Na szczęście Ukraina ma inne tradycje, które być może wydają się nam dzikie, ale przecież takie nie są. Ukraińcy nie mają genetycznej uległości wobec władz, o czym sami Polacy przekonali się wiele razy. Mogą więc naprawdę chcieć demokracji, a to wbrew pozorom bardzo dużo. Gdy się rzeczywiście chce demokracji, to także jest się w stanie przetrwać okres jej początkowych porażek, a i później godzić się, że lekko nie będzie. Bo przecież nieuniknioną jej wadą jest to, że trzeba tolerować także jej zdecydowanych przeciwników, z ich pochodami i politycznym bełkotem. Budowanie demokracji i gospodarki rynkowej od dołu oznacza, że siłą nośną jednego i drugiego są zwykli ludzi. Za nimi dopiero muszą podążać profesorowie i mędrcy polityczni. Wcale nie dlatego, że klasowa mądrość ludu ich przewyższa. Jak się buduje dom, to pod własną wyobraźnię, nawet jeśli po paru latach będzie on niewygodny.

Problemem Ukrainy jest nie to, co należy zrobić, bo to będzie efektem procesów, jakie muszą być uruchomione. Wyjedzie, co wyjdzie, a będzie tym lepiej, im lepiej wybrane zostaną obszary, gdzie użyje się pierwszych, lekkich pchnięć ku rozwojowi. Sztuką jest nie określanie tego, co ma być, ale od czegoś trzeba zacząć. Pomoc trzeba skierować przede wszystkim tam, gdzie sami Ukraińcy najszybciej złapią wiatr w żagle. A tu nie potrzeba specjalnej teorii. Po prostu trzeba patrzeć, gdzie przedsiębiorczość w tym kraju odnosi sukcesy. Uniwersalny pod tym względem jest handel. Biznesu najlepiej uczy się na straganach, w sklepikach i podczas podróży za granicę. Ile to naszych przedsiębiorców wychowało się na słynnych „szczękach” i „Zigaretten nach Berlin”. Nie były to co prawda i nie będą do końca czyste interesy, ale przecież i Szwajcarię nie od razu zbudowano. Lepiej nie zasadzać się na zbyt wygórowane standardy. Ważne, by coś się zaczęło, może nie do końca dobrego, ale w tym kierunku idące. Handel ma tę przewagę, że do otwarcia biznesu wystarczy łóżko polowe i raczej łatwe do osiągniecia kwalifikacje. Więcej wymaga już np. szwalnia, która choć przecież nie jest kapitałochłonna, to jednak jest przedsięwzięciem nieporównywalnie bardziej wymagającym. Taki mały przemysł bardzo często jednak nie może się rozwinąć z powodu mafi jnych powiazań rezerwujących wszelką działalność dochodową dla swoich ludzi.

Przekleństwem Ukrainy jest reket oraz rozmaite licencje i pozwolenia, dające przetrwać nędznie opłacanej biurokracji. Nie będzie więc poprawy gospodarki bez przejścia państwa z roli rozbudowanego nadzorcy, do systemu ochrony swobodnie, z własnej inicjatywy, rozwijającego się biznesu. Na to trzeba bardzo dużego wsparcia. Niekoniecznie finansowego. Sporo wysiłków wymagać będzie poprawa sądownictwa gospodarczego, które obecnie trochę przypomina opisy Nikołaja Gogola. W pozostałych sferach drobny przemysł i handel w znacznej mierze potrafi  się bronić sam. Trzeba tylko otwarcia się na oddolnie tworzone organizacje broniące jego interesów. Także fizycznie.

Drugim działem gospodarki, gdzie sukces jest najbardziej prawdopodobny, jest rolnictwo. Na Ukrainie jest najwięcej czarnoziemów w Europie. Nie ma mowy, żeby coś nie urosło. Warto więc inwestować. Pozornie wydaje się to programem na przyszłość, bo Europa cierpi na nadmiar produktów spożywczych, szczególnie po rosyjskim embargu. Nie jest jednak tak, że rosyjskie embargo spowodowało nadmiar żywności na świecie. Jest, a już na pewno w dalekiej przyszłości, będzie odwrotnie. Już parę lat temu pojawiły się sygnały jej niedoboru ponieważ Chińczycy dostrzegli, że nie tylko chcą, ale mogą sobie pojeść dobrze i do syta. Łatwiej jednak zwiększyć o 10 proc. produkcję zegarków, niż o tyle samo zwiększyć produkcję żywności. W Chinach ziemi brakuje, import więc żywności, tak jak w Japonii i innych rozwiniętych krajach Dalekiego Wschodu jest nieunikniony. A Chińczyków jest 1,7 miliarda. 23 września 2014 chińskie konsorcjum China’s Huangfan District Agricultural Corporation zawarło z Ukraińcami umowę o zainwestowaniu 17,5 mln USD w hodowlę roślin i 25 mln USD w hodowlę bydła. W długoletnim (50 lat) programie Chińczycy przewidują zagospodarować w spółkach z ukraińskimi  rmami 100 tys. ha. Nie czekają więc, aż Ukraińcy przyjdą do nich, sami ich ku temu ciągną. Zbyt na produkty ziemi ukraińskiej wydaje się zagwarantowany, bo Rosję też trzeba zakwalifi kować jako strategicznego nabywcę. Niezależnie od politycznych fanaberii rosyjskie obszary efektywnego rolnictwa są za małe, by wyżywić ten kraj. Związek Radziecki importował zboże, mimo że należały do niego republiki o sporych możliwościach jego produkcji. Obszarów efektywnej produkcji rolnej zostało niewiele, na domiar złego zdewastowane są one kołchozową gospodarką, która, jak pamiętamy, wyspecjalizowała się nie tyle w zasiewach i hodowli, co w sporządzaniu o tym stosownych sprawozdań. Ukraina potrzebuje więc prawdziwego planu Marshalla, który pomoże zbudować ukraińską gospodarkę rynkową i przemysł dostoswany do lokalnych możliwości. Czy samoloty się tu utrzymają? Należy próbować, bo zasoby wykwalifikowanych, inteligentnych pracowników są znaczenie cenniejsze od wszelkich surowców naturalnych. Tylko nie można ich zostawić samych sobie. Kwalifikacje muszą być stale ćwiczone i ulepszane. Jeśli będzie inaczej, staną się bezużyteczne. Na pewno znaczącą część przemysłu trzeba będzie odżałować. Ile trzeba tej pomocy Ukrainie – tego nie da się tak łatwo określić. Rzecz nie w tym, by sypnąć pieniędzmi, ale żeby trafi ały one w podnoszące się dziedziny gospodarki, a nie na podtrzymywanie agonii gałęzi bez perspektyw. Cały plan Marshalla zamykał się w kwocie 13 mld. USD (obecnie ok. 105 mld USD). To nie było wcale tak dużo, a jednak uczynił bardzo wiele, bo wspierał nie tyle poszczególne państwa, co ich drogę do efektywnej gospodarki rynkowej. I to wydaje się jedynym kierunkiem dla ukraińskiej gospodarki. A więc nie pieniądze w ogóle. Tu musi być związek przyczynowo skutkowy: trochę reform, trochę pieniędzy, więcej reform, więcej pieniędzy, ale zawsze lokowanych tylko w perspektywiczne dziedziny produkcji i w podnoszenie sprawności ukraińskiego państwa, tak jeszcze słabiutkiego.

Andrzej Sopoćko

Nr 34/2015, STYCZEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Rok Ukrainy

Published on 19/01/2015 by in Miesięcznik, Świat

Od dnia wybicia się na niepodległość po rozpadzie ZSRR, Ukraina w sposób szczególny skupiała na sobie polską uwagę. Byliśmy pierwszym państwem świata, które jej niepodległość uznało. Z naszej inicjatywy, a także Szwecji, powstał unijny program „Partnerstwo Wschodnie” – partnerami UE stały się europejskie państwa powstałe po rozpadzie Związku Radzieckiego (poza republikami bałtyckimi, które wcześniej weszły w skład Unii). Spośród nich największe znaczenie ma właśnie Ukraina – pod względem liczby ludności większa od pięciu pozostałych państw razem wziętych. Rok 2014 był dla Ukrainy rokiem szczególnym – otwarta agresja Rosji, walka o utrzymanie jedności terytorialnej, oderwanie Krymu, tragedia Majdanu i Odessy spadły na Ukrainę, a także na opinię europejską, jak grom z jasnego nieba. Postanowiliśmy w telegrafi cznym skrócie przypomnieć te wydarzenia. Dla Ukrainy rok 2014 zaczął się

21 LISTOPADA 2013

Rząd wycofał się z przygotowanej do podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, co miało nastąpić na szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie 28-29 listopada. Decyzja rządu wywołała protesty młodzieży, głównie studenckiej.

24 LISTOPADA 2013

W niedzielę wieczorem mimo mrozu przez centrum Kijowa szło ok. 100 tysięcy demonstrantów z transparentami: „Nie jesteśmy Związkiem Radzieckim, ale Unią Europejską”. W nocy z niedzieli na poniedziałek na głównym placu stolicy (Placu Niepodległości – Majdanie Nezałeżnisti) kilkuset młodych ludzi, mimo zakazu władz, rozstawiło namioty. To oznaczało nawiązanie do pomarańczowej rewolucji sprzed 9 lat.

1 GRUDNIA 2013

Sytuacja w Kijowie zaostrza się. Opozycja ukraińska ocenia, że demonstruje ponad 200 tysięcy ludzi. Część z nich szturmem zajęła siedzibę mera Kijowa. Na Majdanie przemawiali Witalij Kliczko, Arsenij Jaceniuk w imieniu partii Batkiwszczyna oraz Ołeh Tiahnybok, przywódca nacjonalistycznej partii Swoboda. Pojawili się goście z Polski. Oklaskami przyjęto lidera PiS-u Jarosława Kaczyńskiego, jak i europosła PO, a także wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, Jacka Protasiewicza.

15 GRUDNIA 2013

Na Majdanie pojawiają się amerykańscy senatorowie: republikanin John McCain i demokrata Chris Murphy.

17 GRUDNIA 2013

Prezydent Rosji Władimir Putin po rozmowach z prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem zapowiedział, że Rosja wykupi ukraińskie obligacje za 15 mld dolarów oraz obniży ceny gazu z 400 do 269 dol. za 1 tys. metrów sześć. Ukraińska opozycja jest przekonana, że Rosja zapłaciła prezydentowi Janukowyczowi za odstąpienie od umowy z Unią Europejską.

15 STYCZNIA 2014

W okolicy stadionu „Dynama” Kijów ze specjalnymi oddziałami milicji Berkut walczy od kilkuset do kilku tysięcy młodych ludzi. Używane są kamienie, pałki, race, butelki z benzyną. Witalij Kliczko w wywiadzie dla niemieckiego dziennika „Bild” przyznał, że opozycja straciła kontrolę nad protestami.

22 STYCZNIA

Są zabici. 4 demonstrantów zginęło podczas walk w pobliżu dzielnicy rządowej w Kijowie. Wieczorem poinformowano, że pod Kijowem odnaleziono uprowadzonego i zakatowanego na śmierć antyrządowego aktywistę Jurija Werbyckiego. Na samym Majdanie jest stosunkowo spokojnie.

24 STYCZNIA

W rękach antyrządowych manifestantów są siedziby gubernatorów obwodowych we Lwowie, Równem, Łucku, Tarnopolu, Iwano-Frankowsku i Chmielnickim. Komendant kijowskiego Majdanu, Andrij Parubij oświadczył, że „to jest część naszego planu zmuszenia Janukowycza do ustępstw”.

25 STYCZNIA

Janukowycz rzeczywiście idzie na ustępstwa. Proponuje Arsenijowi Jaceniukowi stanowisko premiera, a Witalijowi Kliczce – wicepremiera. Obaj propozycję odrzucili.

18 LUTEGO

Tysiące demonstrantów ruszyły w kierunku Rady Najwyższej. Miała ona przedyskutować zmiany w konstytucji prowadzące do ograniczenia uprawnień prezydenta. Kiedy okazało się, że taki punkt nie znalazł się w porządku obrad doszło do gwałtownych starć. Pod koniec dnia informowano o śmierci co najmniej 15 osób, w tym siedmiu milicjantów.

20 LUTEGO

Najkrwawszy dzień na Majdanie. Od rana trwały wyjątkowo zacięte walki. Obie strony mówią o strzałach snajperów. Zginęło ok. 70 osób. Jest wielu rannych

. 21 LUTEGO

W Kijowie rozmowy przedstawicieli władzy i opozycji z udziałem ministrów spraw zagranicznych Polski, Niemiec i Francji. Brytyjska telewizja ITV nagrała przypadkowo Sikorskiego wychodzącego z sali obrad i mówiącego do opozycji: „Jeśli tego nie poprzecie, będzie stan wyjątkowy i wyjdzie armia. Wszyscy będziecie martwi”. Ostatecznie porozumienie zawarto. Przewiduje ono, że mundurowi mają wrócić do koszar, parlament przegłosuje powrót do konstytucji z 2004 roku, co oznaczało zmniejszenie uprawnień prezydenta, Julia Tymoszenko opuści więzienie, zapowiedziano wcześniejsze wybory prezydenta.

22-23 LUTEGO

Wydarzenia nabierają rewolucyjnego tempa. Rano 22 lutego tłum wtargnął do Meżyhorii – rezydencji Janukowycza z lądowiskiem dla helikopterów, polem golfowym, ogrodem zoologicznym i restauracją w hiszpańskim galeonie. Nie bacząc na przepisy konstytucyjne ani na zawarte dopiero co – pod auspicjami Polski, Niemiec i Francji porozumienie – Rada Najwyższa podjęła uchwałę „w przedmiocie samousunięcia się Janukowycza ze stanowiska prezydenta”. Ustalono datę przyspieszonych wyborów prezydenckich na 25 maja, uwolniono z więzienia Julię Tymoszenko i wycofano tzw. ustawę językową dającą przywileje mniejszościom narodowym, także polskiej, ale przede wszystkim rosyjskiej, zamieszkującej połowę kraju. W rozmowie z CNN polski minister spraw zagranicznych powiedział, że uchylenie przez ukraiński parlament ustawy o podstawach polityki językowej dającej przywileje mniejszościom narodowym, zwłaszcza Rosjanom, było błędem.

1 MARCA

Nowo wybrany premier autonomicznego rządu Krymu Siergiej Aksjonow wystąpił o pomoc do prezydenta Wladimira Putina. W ciągu godziny nadeszła odpowiedź: „apel nie zostanie zignorowany”. W trybie pilnym zwołano posiedzenie Rady Federacji – izby wyższej rosyjskiego parlamentu. Wydała ona zgodę na użycie armii w obronie Rosjan nie tylko na Krymie, ale także na terenie całej Ukrainy. Tymczasem na Krymie sytuacja zaczęła się zmieniać. Flagowy okręt ukraińskiej fl oty „Hetman Sahajdaczny” oddał się pod rozkazy rosyjskiego dowództwa. Zapowiedziane zostało przez władze Krymu referendum. Mieszkańcy półwyspu mieli się nim wypowiedzieć: za szerszą autonomią w ramach Ukrainy, przyłączeniem się do Rosji, albo pozostaniem przy Ukrainie na dotychczasowych zasadach. W całym rejonie pojawiły się „zielone ludziki”, czyli rosyjscy żołnierze ubrani w mundury bez żadnych odznak wojskowych.

2 MARCA

Mianowany dzień wcześniej dowódca ukraińskiej floty, admirał Denis Bierezowski uznał zwierzchność w ładz Krymu wypowiadając posłuszeństwo Kijowowi. Premier Ukrainy po nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Najwyższej ogłosił powszechną mobilizację.

4 MARCA

W Moskwie konferencja prasowa Władimira Putina. Oświadczył on m.in., że Krym zajęły lokalne oddziały samoobrony. Na pytanie, czy po zajęciu Krymu Rosja zamierza pójść dalej i interweniować na wschodniej Ukrainie pada odpowiedź – „na razie nie ma takiej potrzeby”. I jeszcze: „decyzję o interwencji podejmiemy tylko dla ochrony Rosjan mieszkających na Ukrainie. To jest działanie wręcz humanitarne”. Co do wydarzeń na Ukrainie Putin przedstawił następujące stanowisko: – To był zamach stanu, z tym nawet nikt nie polemizuje.

16 MARCA

Rada Najwyższa Autonomicznej Republiki Krymu (wybrana jeszcze w 2010 roku, zgodnie z ukraińskim prawem) oznajmiła, że wedle wstępnych wyników 95,5 proc. uczestników referendum opowiedziało się za przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej. 17 marca Unia Europejska wprowadza sankcje wobec Rosji. Przewidują one zakaz wjazdu do UE dla 21 osób, w tym dla 13 obywateli Rosji. Sankcje nie objęły żadnej rosyjskiej fi rmy. W dniu ich wprowadzenia Rosnieft ogłosił, że objął w posiadanie znaczną część akcji włoskiego koncernu oponiarskiego Pirelli.

18 MARCA

Na Kremlu uroczystość podpisania traktatu o przyjęciu Krymu oraz Sewastopola (jako odrębnego podmiotu) do Federacji Rosyjskiej. Poprzedziło ją orędzie Władimira Putina do obu izb rosyjskiego parlamentu. Prezydent Rosji powiedział, że Krym był zawsze rosyjski, a Sewastopol jest symbolem rosyjskiej obecności na półwyspie. Pełniący obowiązki prezydenta Ukrainy Ołeksandr Turczynow oświadczył tymczasem, że jego kraj nigdy nie uzna aneksji Krymu.

7 KWIETNIA

Grupa kilkuset mieszkańców Doniecka zajęła budynek administracji obwodu oraz lokalnego urzędu bezpieczeństwa publicznego i proklamowała Doniecką Republikę Ludową.

14 KWIETNIA

Ołeksandr Turczynow w wygłoszonym w nocy przemówieniu dał prorosyjskim separatystom czas do 9 rano na opuszczenie budynków publicznych na wschodzie Ukrainy i złożenie broni. W zamian obiecywał amnestię. Jeśli jednak żądanie nie zostanie spełnione rozpocznie się operacja antyterrorystyczna „na dużą skalę”.

17 KWIETNIA

W Genewie przedstawiciele Rosji, Ukrainy, Unii Europejskiej i USA zawarli porozumienie. W ostatnim punkcie przewiduje ono, że na Ukrainie rozpocznie się „przejrzysty, uwzględniający interesy wszystkich stron i możliwy do rozliczenia proces konstytucyjny”, w którym mają uczestniczyć wszystkie regiony Ukrainy. Nad realizacją porozumienia ma czuwać misja OBWE.

29 KWIETNIA

Prorosyjscy separatyści opanowali półmilionowy Ługańsk na wschodzie Ukrainy. W oświadczeniu, które odczytali w telewizji zapowiedzieli referendum w sprawie przyszłego statusu regionu.

4 MAJA

Odessa. Zaczęło się od starć prorosyjskich demonstrantów z kibicami klubów piłkarskich Czernomorec Odessa i Metallist Charków. Zginęły 4 osoby, jedna od kuli. Następnie wydarzenia przeniosły się pod budynek związków zawodowych. Skryli się tam prorosyjscy aktywiści. Ich przeciwnicy obrzucili budynek koktajlami Mołotowa, co spowodowało gwałtowny pożar. Uwięzieni w budynku ludzie skakali z okien i dachów. Tych, którzy próbowali się wyrwać z budynku atakowano na zewnątrz. Jest 46 ofi ar śmiertelnych. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy sugerowała, że zamieszki wywołali prowokatorzy z pobliskiego Naddniestrza. Jednak wśród zidentyfi kowanych ofiar są tylko mieszkańcy Odessy, w tym poeta Wadim Niegaturow. Nic nie wiadomo o o arach po stronie proukraińskiej. Prezydent Władimir Putin nazwał wydarzenia w Odessie pacyfikacją dokonaną przez kijowskie władze. Premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk zapowiedział dokładne śledztwo.

11 MAJA

W Doniecku, Ługańsku i innych miejscowościach na wschodzie Ukrainy opanowanych przez prorosyjskich rebeliantów bez większych przeszkód odbyło się referendum w sprawie statusu regionu, mimo że władze Ukrainy uznały je za nielegalne. Nieuznawane przez Kijów władze regionu oświadczyły, że zdecydowana większość głosujących opowiedziała się za suwerennością „ludowych republik” – Donieckiej i Ługańskiej.

12 MAJA

Ministrowie spraw zagranicznych UE rozszerzyli listę Rosjan, którym zabrania się wjazdu do Unii i których aktywa – jeśli je posiadają – w europejskich bankach zostaną zamrożone.

25 MAJA

Przyspieszone wybory prezydenckie. Siódmy na liście najbogatszych Ukraińców, Petro Poroszenko będzie prezydentem. Według wstępnych danych opowiedziało się za nim 56 proc. głosujących. Frekwencja wyniosła ok. 55 proc.

4 CZERWCA

Podczas warszawskich uroczystości z okazji 25-lecia wolnych wyborów w Polsce Petro Poroszenko spotkał się m.in. z prezydentem Barackiem Obamą. Obama obiecał Ukrainie pomoc wojskową o wartości 5 mln. dolarów, ale bez dostaw broni.

15 CZERWCA

Prorosyjscy rebelianci zestrzelili ukraiński samolot wojskowy z 49 żołnierzami. Prezydent Poroszenko ogłosił żałobę narodową.

27 CZERWCA

Petro Poroszenko podczas szczytu UE w obecności 28 przywódców państw podpisał umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską.

18 LIPCA

Nad terenami wschodniej Ukrainy kontrolowanymi przez siły prorosyjskie po godzinie 15 czasu polskiego rozbił się samolot malezyjskich linii lotniczych lecący z Amsterdamu do Kuala Lumpur. W samolocie było 295 osób. Wszyscy zginęli. Ukraińskie Ministerstwo Obrony natychmiast oświadczyło, że nie ma nic wspólnego z tą tragedią. Ukraińskie i zachodnie media podały, że samolot został – najpewniej przez pomyłkę – zestrzelony rakietą ziemia powietrze, wystrzeloną przez separatystów. Prorosyjscy bojownicy oświadczyli, że nie dysponują bronią, która mogłaby zestrzelić samolot lecący na tej wysokości.

30 LIPCA

Kolejne sankcje wobec Rosji. Komisja Europejska wyliczyła, że ich wyniku Rosja poniesie w 2014 roku straty w wysokości 23 mld. dolarów, a w 2015 – 75 mld. dol. Unia zaś z tego samego powodu straci w 2014 roku 40 mld. dolarów i 50 mld. dolarów w 2015.

 

7 SIERPNIA Rosja wprowadza kontr sankcje wobec Unii Europejskiej, USA, Kanady, Australii i Norwegii. Nie będzie importować mięsa, ryb, mleka i przetworów mlecznych, a także owoców i warzyw. Embargo nie dotyczy osób fizycznych dokonujących zakupów za granicą na własne potrzeby.

5 WRZEŚNIA

W Mińsku wynegocjowano i podpisano porozumienie w sprawie przerwania ognia na wschodzie Ukrainy. W negocjacjach wzięli udział były prezydent Ukrainy Leonid Kuczma posiadający pełnomocnictwa władz w Kijowie, ambasador Rosji w Kijowie Michaił Zurabow, przedstawicielka OBWE Hedi Tagliani oraz przedstawiciele powstańców z obwodów Donieckiego i Ługańskiego. Najważniejsza, polityczna część podpisanego porozumienia przewiduje przeprowadzenie decentralizacji władzy, między innymi poprzez przyjęcie ustawy „O tymczasowym statusie samorządu terytorialnego w poszczególnych rejonach obwodów Donieckiego i Ługańskiego”. Porozumienia nie podpisali przedstawiciele „ludowych republik” Donieckiej i Ługańskiej, mimo, że brali udział w jego wypracowaniu.

12 WRZEŚNIA

Wchodzą w życie kolejne sankcje europejskie. Przewidują nowe utrudnienia dla banków rosyjskich, a także zaostrzenia zasad sprzedaży Rosji technologii podwójnego (w tym wojskowego) wykorzystania oraz sprzętu do wydobywania ropy na dalekiej północy. Podobne sankcje nakładają USA.

16 WRZEŚNIA

Połączone transmisją wideo parlamenty Ukrainy i Europejski ratyfikowały umowę stowarzyszeniową. Wydarzeniu temu nadano w Kijowie symboliczne znaczenie. Zresztą aż do 2016 roku to będzie główne znaczenie tej umowy, gdyż w wyniku trójstronnych negocjacji – Ukraina, Rosja, UE – wdrożenie jej części gospodarczej odłożono do końca 2015 roku.

28 WRZEŚNIA

Pracownicy amerykańskiego koncernu naftowego Exxon-Mobile na należącej do Norwegów platformie West-Alpha dowiercili się do rosyjskiej ropy naftowej na Morzu Karskim. Rosyjski koncern Rosnieft, dla którego pracują i Amerykanie i Norwegowie, ogłosił, że najnowszy odwiert leży najdalej na północ ze wszystkich.

26 PAŹDZIERNIKA

Wybory do Rady Najwyższej Ukrainy odbyły się przy frekwencji 52,4 proc., najniższej od powstania niepodległej Ukrainy. Najmniej wyborców poszło do urn na wschodzie i południu kraju, a także w Obwodzie Odesskim. Najwyższa frekwencja była na zachodzie Ukrainy. W układzie proporcjonalnym zwycięstwo odniósł Front Ludowy premiera Arsenija Jaceniuka z niewielką przewagą nad Blokiem Petra Poroszenki. Niespodzianką było trzecie miejsce „Samopomocy”, kierowanej przez mera Lwowa Andrija Sadowego. Blok Opozycyjny, który przejął część elektoratu Partii Regionów był czwarty. Do parlamentu weszła także Partia Radykalna i Batkiwszczyna Julii Tymoszenko. W okręgach jednomandatowych najwięcej deputowanych zyskał Blok Petra Poroszenki i dzięki temu ma najwięcej deputowanych w Radzie Najwyższej. Na drugim miejscu jest Front Ludowy.

2 LISTOPADA

W „republikach ludowych” Donieckiej i Ługańskiej odbyły się wybory. Faworytami byli dotychczasowi przywódcy: Aleksandr Zacharczenko w Doniecku i Jurij Płotnicki w Ługańsku. Zwyciężyły też ich ugrupowania. Moskwa uznała te wybory. Przewodniczący Komisji Wyborczej w Doniecku, Roman Liogin powiedział po wyborach. – „Kijów musi się teraz pogodzić, że Donbas nie jest już częścią Ukrainy. To czy uznają wyniki naszych wyborów, czy nie, to już ich problem”. 2 GRUDNIA Po ponad pięciu tygodniach od wyborów parlamentarnych Ukraina ma nowy rząd. Na stanowisku premiera pozostał Arsenij Jaceniuk. Sensację wzbudzili ministrowie, którzy do niedawna byli obywatelami obcych państw. Ministrem fi nansów została Natalia Jareśko urodzona w Chicago w 1965 roku w rodzinie wojennych uchodźców z Ukrainy. Na ministra rozwoju gospodarczego i handlu powołano Ajwarasa Abramowicziusa urodzonego w 1976 roku w Wilnie, od 2008 roku mieszkającego w Kijowie, ożenionego z obywatelką Ukrainy. Ministrem zdrowia został Ołeksandr Kwitaszwili, który urodził się w 1970 roku w Tbilisi. Wszyscy troje w dniu nominacji otrzymali obywatelstwo ukraińskie. 9 GRUDNIA Administracja prezydenta Poroszenki proklamowała 9 grudnia „dniem ciszy” na wschodzie kraju. Wstrzymanie ognia w tym dniu potwierdzili także liderzy „republik ludowych” Donieckiej i Ługańskiej. Może to dobry prognostyk na kolejny rok Ukrainy.

Opracował SJ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Czas dwóch wielkich bitew

Published on 14/01/2015 by in Kraj, Miesięcznik

 

Jak zachowa się SLD w kampanii prezydenckiej? Czy Platforma rozegra lewicę?

 

 

Przełom roku przynosi tradycyjne pytania o minione dwanaście miesięcy, i o te nadchodzące. Te pytania są szczególnie ważne dla polskiej lewicy i dla SLD, bo rok 2014 jej nie rozpieszczał, a rok 2015 zapowiada się na taki, w którym błędów popełniać nie wolno. Zacznijmy jednak od tego, co było – od wyborów samorządowych. Ich wynik był dla SLD rozczarowujący i wymaga uważnej analizy. A o tyle będzie to trudne, że właśnie wchodzimy w kolejną kampanię – prezydencką. Taki czas nie sprzyja refleksji i organizacyjnym działaniom. Najbliższe miesiące rysowane więc będą grubą kreską, zresztą wydarzenia z ostatnich tygodni są tego zapowiedzią.

AWANTURA O PKW

Wybory samorządowe pamiętać będziemy długo z dwóch przynajmniej powodów. Po pierwsze, z gigantycznego bałaganu, który powstał podczas liczenia głosów, z opóźnień, jeśli chodzi o podanie wyników, i z ogromnej liczby głosów nieważnych, co na pewno wpłynęło na ostateczne wyniki. Głosów nieważnych w wyborach do sejmików wojewódzkich było 18 proc. w skali kraju. Czyli prawie 3 miliony. Były powiaty, w których liczba głosów nieważnych dochodziła do 40 proc. Ewidentnie musiało to wpłynąć na wyborczy wynik. W takiej sytuacji minimum przyzwoitości nakazywałoby przejrzenie nieważnych kart, by sprawdzić, cóż takiego się zdarzyło? Trudno przecież przypuszczać, że aż tyle osób oddało głos nieważny świadomie. Co więc było przyczyną pomyłki? A może to nie była pomyłka? Sprawdzić trzeba, zwłaszcza, że deklarują się już poważni badacze, którzy są gotowi to zrobić.

Tymczasem zamiast takiej refleksji mamy wielką awanturę. Z jednej strony jest Jarosław Kaczyński, który twierdzi, że wybory zostały sfałszowane, z drugiej koalicja PO-PSL, która twardo trzyma się opinii, że wszystko było w porządku, i że słowa Kaczyńskiego to atak na demokrację. W tej awanturze Leszek Miller, po raz pierwszy, nie stanął po stronie PO. Też kwestionował pracę PKW. To wystarczyło. W ciągu paru dni z ust mainstreamowych dziennikarzy mogliśmy dowiedzieć się, że Leszek Miller popełnił polityczne samobójstwo, że oszalał i się skompromitował, że jest politycznym trupem, że właśnie chowa SLD do grobu, i że w następnych wyborach Sojusz dostanie maksimum 4 proc. poparcia. Tłumaczono też jego zachowanie w ten sposób, że SLD otrzymał w wyborach do sejmików słaby rezultat, więc Miller, żeby odwrócić uwagę, wywołał awanturę o same wybory.

MILLER ZMIENIŁ SCENARIUSZ

Skąd wziął się ten atak? A raczej – stopień jego natężenia? Czy nie dlatego, że Miller wyszedł z wyznaczonej mu roli? Wystarczy posłuchać polityków Platformy i publicystów z tą partią sympatyzujących. Przypomnieć sobie, co mówili wcześniej, rok temu, dwa. Oni wszyscy już dawno wyznaczyli SLD rolę wiecznego rezerwowego, czy też wiecznego pretendenta. Ta rola polegała na tym, że rządzi koalicja PO-PSL, ona zbiera wszystkie konfitury, a SLD pokornie czeka na zewnątrz, mnąc czapkę w dłoniach. Ewentualnie używany jest do atakowania PiS-u. Zbudowano wręcz teorię uzasadniającą to czekanie. Głosiła ona, że Sojusz, w obawie przed PiS-em musi popierać PO, tego zresztą domaga się jego elektorat. Ta teoria, wciąż powtarzana, w dłuższej perspektywie stawiała (i stawia) SLD w sytuacji partii umierającej.

Nie szanuje się formacji, która stoi i czeka, ewentualnie używana jest do brudnej roboty. Przykład Palikota dowodzi tego jak najbardziej wyraźnie. Zwłaszcza, że wymagając od SLD pokory, politycy PO i sympatyzujący z tą formacją dziennikarze, dzień w dzień powtarzali takie tezy:
Że najlepszą alternatywą przeciwko PiS-owi jest PO. Że na lewicy są polityczne dzikie pola, tam można łowić wyborców. Że PO skręca w lewo (choć dowodów na to nie uświadczy). Że SLD to żadna lewica. Że SLD nie ma żadnego programu (jak wiadomo, Platforma ma taki, że hej). Że poza czekaniem na doproszenie, nie ma nic do zaoferowania wyborcom. Że starzeje się, i traci poparcie. Innymi słowy, wyznaczono SLD rolę przystawki i to takiej w zasadzie już nieświeżej, nienadającej się do skonsumowania. A rola przystawki, jak wiemy znając los „Samoobrony” i LPR, to oczekiwanie na polityczną śmierć. Gest Millera czytam więc jako próbę wyrwania się z pułapki, w którą SLD został zagnany. Jako manifest samodzielności: Sojusz nie jest zobowiązany, by w każdej sytuacji stawać u boku PO i grać rolę, jaką mu wyznaczono. Miller to zrobił i nagle w wielu gabinetach zaświeciły się czerwone lampki, bo stało się jasne, że zawalić się może scenariusz utrzymania władzy na zawsze – PO rządzi w koalicji z PSL-em, a jak głosów zabraknie, to jeszcze weźmie się SLD. Stąd ta wściekłość, i próba wbicia Millera w błoto. Żeby się wycofał, żeby go zastraszyć, żeby zastraszyć samo SLD. Czy to się udało? Pewnie jeszcze nie, ale wyraźnie zobaczyliśmy scenariusz władzy. Zamiar zbudowania systemu, który zapewni Platformie stałe rządzenie, niezagrożone przez PiS z przyklejoną gębą partii awanturniczej, wstecznej i lekko niezrównoważonej, i przez SLD, które ni to czeka, ni to umiera. Ten scenariusz realizowany jest również podczas kampanii prezydenckiej, która właśnie startuje.

KOMOROWSKI CZYŚCI POLE BITWY

Marszałek Sejmu ogłosi termin wyborów prezydenckich w styczniu, tak wynika z kalendarza wyborczego. Pierwsza tura odbędzie się więc 10 lub 17 maja. Platformie bardzo zależy, by drugiej tury już nie było. Nie ma wątpliwości, że wybory prezydenckie dla rządzącego establishmentu będą miały wielkie znaczenie. Pozycja prezydenta w polskim systemie jest wystarczająco silna, by skutecznie walczyć z nielubianym rządem. Dowiódł tego Aleksander Kwaśniewski, podczas koabitacji z koalicją AWS-UW i rządem Jerzego Buzka. Mając prezydenta – jest się wciąż w grze. Po drugie – wybory prezydenckie będą przygrywką do wyborów parlamentarnych, które odbędą się na jesieni 2015 roku. Ustawią je. Będzie łatwiej mając za plecami dobry majowy wynik swego kandydata. Plan Platformy i Bronisława Komorowskiego jest więc prosty – najlepiej wygrać w pierwszej turze i na fali tego sukcesu przystąpić do wyborów parlamentarnych. I ten plan jest już realizowany. Temu służą rozpuszczane informacje, że Bronisław Komorowski wygraną już ma w kieszeni. Temu służy szczypanie kandydata PiS, Andrzeja Dudy, że niewiele wart. Temu służy namawianie PSL, by nie wystawiał swego kandydata. No i temu służy podgrzewania konfliktów na lewicy, tak by wystawiła byle kogo. Chodzi o to, by w maju do pierwszej tury stanął ze strony PO-PSL kandydat ludzi światłych, Europejczyków, ze strony PiS-u, nieznany szerzej Andrzej Duda, no i na przyczepkę jakiś plankton bez znaczenia. Żeby tak się stało, kandydat SLD musi być słaby, niepewny siebie, wystawiony pro forma, najlepiej w atmosferze awantury.

CZY TAK BĘDZIE?

Jak na razie, SLD odłożył wybór swego kandydata na styczeń. To nie jest jakiś kłopot – luty, marzec, kwiecień to aż nadto czasu, by przeprowadzić dobrą kampanię. Ważniejsze jest coś innego – kto będzie tym kandydatem, w jakich okolicznościachzostanie namaszczony i przez jakie siły? Innymi słowy – czy kandydat będzie postacią na tyle silną, że zawalczy o dobry wynik, dwucyfrowy, a może i drugą turę, czy porwie lewicowych wyborców, czy też będzie kandydatem wystawionym tylko po to, że trzeba kogoś wystawić? W obecnej sytuacji, jest to dla SLD zagadnienie zasadnicze – czy zdecydowanie wchodzi do gry, czy też ją pozoruje? To jest też ważne dla Bronisława Komorowskiego i jego ministrów – bo od jakości kandydata SLD i jego kampanii zależeć będzie wynik obecnego prezydenta. Tak więc, chcąc nie chcąc – dziś Komorowski i SLD są na kolizyjnym kursie. A po drugie – w polskiej polityce, w perspektywie najbliższych miesięcy, wybór lewicowego kandydata na prezydenta jest wydarzeniem najważniejszym.

O CO WALCZYMY?

Jego pierwszym zadaniem będzie budowa szerokiej koalicji poparcia. Z jednej strony musi to być kandydat, który zmobilizuje aparat SLD, da mu nadzieję dobrego wyniku, a z drugiej taki, który dotrze do „nowej lewicy”, do ruchów feministycznych, ruchów zielonych, środowisk LGBT, części ruchów miejskich, nawiąże z nią dialog. Dziś sytuacja tzw. „nowej lewicy” jest mało ciekawa, jej środowiska zostały zmarginalizowane, czasami są wykorzystywane przez PO do jakichś akcji. Warto więc by i tam i w SLD uświadomiono sobie pewne oczywiste prawdy. Że SLD bez „nowej lewicy”, bez wielu ideowych ludzi tam działających, jest dużo słabszy. A z kolei „nowa lewica” bez SLD nie znaczy już nic. Może co najwyżej pełnić rolę paprotki podczas jakichś platformerskich zebrań. Nie ma co więc strzelać do siebie, czekać aż temu drugiemu podwinie się noga, bo do niczego dobrego to nie prowadzi. Ta uwaga również dotyczy środka SLD – czy Sojusz będzie w kampanii zjednoczony, czy też będzie skłócony, ku uciesze wszystkich, którzy życzą mu jak najgorzej. SLD staje zatem w najbliższych tygodniach i miesiącach przed bardzo trudnym zadaniem. Sojusz jest rozgrywany przez Platformę, więc nasuwa się pytanie, czy da się rozegrać czy nie? Czy kandydat lewicy w wyborach prezydenckich, jego kampania, wzmocnią lewicę czy nie? Te pytania są nie tylko ważne dla grupy działaczy. Są też ważne dla milionów Polaków, głosujących i sympatyzujących z lewicą. Można zresztą powiedzieć, że są ważne dla całej Polski, która bez mocnej lewicy – dziczeje. Na naszych oczach pękają mity o zbawiennym skutku „śmieciówek” na rynek pracy. „Śmieciówki” miały zapobiegać wysokiemu bezrobociu, a tak nie jest. Okazuje się zresztą, że ten system nie tylko trzyma 3 miliony Polaków poza nawiasem normalnego społeczeństwa, ale jest także dewastujący dla budżetu, i samych firm, które teraz narzekają, że pracownicy nie identyfikują się z miejscem pracy.

Pęka też mit o wielkiej roli Kościoła w formowaniu nowego pokolenia. A także o twardej postawie PO wobec biskupów. Pęka mit o sprawności Platformy i uczciwości PiS-u. Dowodów, że tak nie jest mamy aż nadto. Trzeba również wyjaśnić, dlaczego mieliśmy w wyborach samorządowych prawie 3 miliony głosów nieważnych? Zamiatana jest pod dywan sprawa dzikiej reprywatyzacji warszawskiej i aż zawołać trzeba – kto to zamiata? O aferze podsłuchowej nikt już nawet nie wspomina… Potwierdzają się też przestrogi, że system służby zdrowia wymaga reanimacji, a minister zdrowia wymaga dymisji. Polska staje się również krajem kastowym, w którym dla jednych wszystkie drzwi stoją otworem, a dla innych na zawsze są zamknięte. Spraw, o które ludzie lewicy powinni się bić z Platformą i PiS-em nie brakuje. No to bum, bum, ring wolny.

Robert Walenciak

Nr 34/2015, STYCZEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Kto wydoi drewniana kozę

Published on 14/01/2015 by in Kraj, Miesięcznik

Skoro Chińczycy zaczynają rządzić światem, to i czas najwyższy, patrzeć na naszą rzeczywistość też przez pryzmat chińskiego horoskopu. Zawiera on dwanaście zwierząt, tyle ile u nas znaków zodiaku, ale dodatkowo też pięć żywiołów. Są to metal, drewno, woda, ogień i ziemia. Dlatego połączenie znaku z żywiołem może osiągnąć sześćdziesiąt kombinacji, które powtarzają się co sześćdziesiąt lat. Właśnie minął nam rok drewnianego konia. Miał być według chińskich wróżbitów burzliwy, pełen wojen i konfliktów. Sprawdziło się jak każdy widział. Teraz drewniana koza, która będzie rządzić w 2015 roku, ma przynieść spokój, harmonię i dobry klimat do inwestycji. Także politycznych. W naszym kraju polityczny rok drewnianej kozy będzie czasem podwójnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Po nim nastąpi długa, czteroletnia cisza wyborcza zakończona dopiero jesienią 2018 roku wyborami samorządowymi.

Zatem drewniana koza umebluje nam scenę polityczną na następną kadencję. Patrząc z perspektywy mijającego drewnianego konia wybory prezydenckie wydają się już być rozstrzygnięte. Bo obecny prezydent Bronisław Komorowski nie ma z kim przegrać. Bo Andrzej Duda – kandydat PiS – jest kandydatem PiS. Kandydatem „Większego Zła”. A w Polsce, pomimo dwudziestu pięciu lat demokracji parlamentarno-gabinetowej, nadal Wyborcy głosują na „Mniejsze Zło”. Na kandydatów Platformy Obywatelskiej. Rzadko wybierają swą reprezentację polityczną kierując się jej programem gospodarczym, sprawnością rządzenia, czy koncepcją przyszłej roli Polski w przesuwającym się w stronę Azji świecie. Dodatkowo lewica spóźnia się z wyłonieniem swego kandydata, co już pozwala ekipie Komorowskiego mrozić szampana na majowy triumf.

Wybory parlamentarne też wydają się rozstrzygnięte. Wygra Prawo i Sprawiedliwość, ale nie porządzi sobie, bo nie uzyska niezbędnej większości. Znowu powstanie koalicja „Mniejszego Zła” pod przewodem Platformy z udziałem PSL. Chińscy wróże już wpatrują się w stare kości. Czy wieszczą one udział SLD w przyszłej koalicji rządzącej, czy skazują ją na kolejną opozycyjną kadencję.

Każda wojna, rewolucja i każde wybory w demokracji dają nadzieję młodym na awans. Zawodowy, społeczny, kulturalny nawet. Rok przed poprzednim rokiem drewnianego konia, w 1954 roku, Agnieszka Osiecka wieszczyła w pokoleniowym songu „Okularnicy” przyszłość młodych absolwentów wyższych uczelni: – „Potem wiążą koniec z końcem za te polskie dwa tysiące”. Piosenka ta stała się manifestem pokoleniowym kilku następnych generacji w Polsce Ludowej. Bo pomógł cenzor. Potem rzadko wspominano, że w pierwszej wersji tekstu było „Potem żyją na wsi w mieście, za te polskie tysiąc dwieście”. Ówczesna cenzura ciepłą perswazją przekonała autorkę do zmiany pointy, do podwyżki średniej płacy absolwentom wyższych uczelni, czyniąc przy okazji piosenkę ponad czasową.

Dzisiaj socjologowie i publicyści wyodrębnili kolejne pokolenie młodych obywateli naszego kraju: – „Pokolenie dwa tysiące”. Choć lewicowi radykałowie uważają, że dwa tysiące to i tak już dużo. Bo w zapomnianych przez obecny rząd urzędniczo-chłopski miasteczkach, tysiąc dwieście na rękę dla absolwentki wyższej uczelni to żaden ochłap, to już posada. Sześćdziesiąt lat minęło. Choć Trzecia Rzeczpospolita unika związków z Polską Ludową, to problemy młodego pokolenia były i są bardzo podobne. W poprzednim roku drewnianej kozy, w 1955 roku w Polsce rewolucyjny zapał tworzenia nowego jutra wyraźnie stygł. Zwłaszcza, że nowe dziś nie spełniało rozbudzonych oczekiwań społeczeństwa, zwłaszcza młodego pokolenia. Władzę nadal dzierżyło pokolenie starych przywódców, zdobytą w wyniku ustrojowego przewrotu. Zajmujący atrakcyjne stanowiska starzy ustąpić sami nie chcieli.

Nadzieje młodych na trzecią wojnę światową, czy demokratyczne wybory też oddalała się. Do Wielkiej Brytanii, czy Irlandii emigrować nie mogli. Jedyna migracja za lepszą płacą wiodła do śląskich kopalni. Bo rezygnowano tam z pracy przymusowej nieekonomicznych więźniów. Dzisiaj, znowu w roku drewnianej kozy, publicyści polityczni i politycy młodego pokolenia będą postulować niezbędną wymianę elit. Zwłaszcza politycznych. Przypominać ilu parlamentarzystów ma okrągłostołowy rodowód. Ile lat skończy Kaczyński, ile Miller, o Korwin-Mikkem już nie wspominając. Ale co z tego skoro wybory prezydenckie młodzi najwyraźniej przespali. Nie wystawili swojego, pokoleniowego kandydata. Pozwolili gajowemu Komorowskiemu by jeszcze pięć lat urzędował tam ze swoją wesołą starówką. Kolegami z byłej Unii Wolności wzmocnionym intelektualnie reprezentantem lewicy pałacowej, profesorem Tomaszem Nałęczem. W wyborach parlamentarnych listy wyborcze będą zatwierdzali dotychczasowi liderzy partyjni. Oczywiście młodzi mogliby wywrzeć presję i przekonać starych liderów, że młodość to w polityce wartość niepodważalna. Niestety w roku drewnianego konia żaden z młodych polskich polityków nie popisał się. Za to trio reprezentujące najwybitniejszą młodzież PiS, czyli Hofman, Kamiński, Rogalski skutecznie zniechęcili wyborców do reprezentowanej przez nich „młodej polityki”. Ale niech młodzi nie tracą nadziei. Co prawda drewnianej kozy jeszcze nie wydoicie, ale następny rok, ten 2016, to Rok Ognistej Małpy. Rok gwałtownych, niespodziewanych wydarzeń. Poprzedni rok Ognistej Małpy wypadł w 1956 roku. Co się wtedy w Polsce wydarzyło, wyguglacie sobie w necie. Zatem ducha nie traćcie. Teczki starym jeszcze przez rok spokojnie ponoście.

Piotr Gadzinowski

Nr 34/2015,STYCZEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Rok nie wyrok

Published on 03/01/2015 by in Kraj, Miesięcznik

• Unia Europejska rozwiązała nierozwiązywalny dla krajowych elit problem – zabetonowania polskiej sceny politycznej i klinczu dwóch liderów nienawidzących się partii. Tuska i Kaczyńskiego. Postawiła, jak większość polskich Wyborców, na „Mniejsze Zło”.

• Tylko sto tysięcy złotych zapłacili polscy podatnicy za dodatkową naukę języka angielskiego przez premiera Tuska. Bo były premier nie tylko „haratał w gałę” w czasie swego urzędowania. Od 2008 roku posiadał w łasnych, prywatnych lektorów. Jak przed wojną każdy jaśnie panicz, albo Nikuś Dyzma. W czasach Polski Ludowej Donek Tusk miał angielski na studiach przymusowo i za darmo, ale wtedy do nauki języków obcych nie przykładał się. Według swoich biografów walczył wtedy o wyzwolenie spod „przymusu komunistycznego”.

• Umarł generał Wojciech Jaruzelski. Największy polski mąż stanu przełomu wieków. O jego duszę do końca walczył Kościół katolicki, a o niegodny pochówek generała zabiegali zidiociali krajowi antykomuniści wspierani przez krajowe media.

• Antykomuchom zawodowym i ideowym pozostał jeszcze do oprotestowywania ledwo żywy generał Czesław Kiszczak. I od biedy Jerzy Urban. Ale ten skiepścił się, bo z Ruchu Palikota przeszedł do fraucymeru premier Kopaczowej. Zaśpiewał w chórze poparcia jej Partii, czym skończył się jako polityczny solista.

• Po ponad dwóch tygodniach zakończono żmudny proces obliczania wyników wyborów samorządowych. Wiele o nich powiedziano i wiele jeszcze rzec będzie można. Na pewno były to wyjątkowo wolne wybory. A w kategorii „Liczenie głosów” były to najwolniejsze wybory w historii III RP.

• Sejm RP przeciwnie. Pracowicie odrzucał wszystkie sensowne projekty opozycji i cierpliwie oczekiwał na zapowiadane rządowe. W wolnych, jakże licznych, chwilach, parlamentarzyści zajmowali się wyłudzaniem pieniędzy z deficytu budżetowego jaki w 2013 roku nam uchwalili. Najsprytniej, w opinii kuluarowych rankingów, robił to Marszałek Sejmu RP Radek Sikorski. Noblesse oblige.

• Pracował pan prezydent Bronisław Komorowski. Nie stał tylko pod żyrandolem. Wręczył kilkadziesiąt kilogramów orderów swym przyjaciołom z pradawnej opozycji. Wycinał kotyliony na 3 Maja. Zapalał świeczki na 13 grudnia. Podziwiał 11 listopada defilujący muzealny sprzęt wojskowy. Wprost przeszedł siebie obchodząc święto uchwalonej i niewprowadzonej w życie Konstytucji 3 Maja. Poprowadził wtedy patriotyczną procesję śladem warszawskich pomników krajowych polityków. Prawie pół maraton. Ponieważ lewica obiecała postawić spacerującemu prezydentowi pomnik Ignacego Daszyńskiego, a chadecja Wojciecha Korfantego, w przyszłej kadencji pan prezydent przejdzie już pełen polityczny maraton.

• Po Tusku premierem została Ewa Kopaczowa. Druga w historii III RP kobieta na tym stanowisku. Zaczęła od uprawiania „polityki miłości” wobec Jarosława prezesa Kaczyńskiego. Po odrzuceniu przez niego zalotów zapragnęła pokazać się z twardej strony, ale rychło przestała się odzywać, bo zachorowała na gardło. Stała się ofiarą niezreformowanej przez siebie służby zdrowia. Kiedy głos odzyskała, też nie chciała się odezwać. Musiałaby skomentować zarzuty wobec marszałka Radka Sikorskiego, a ponoć kłamać tak bezczelnie, jak jej następca, jeszcze się nie nauczyła.

• Jarosław prezes Kaczyński prawie wygrał ze swym PiS-em wybory do Parlamentu Europejskiego. Wygrał też wybory samorządowe, ale znów nie znalazł partnerów do koalicji rządzącej. Do wyborów prezydenckich w maju 2015 wystawił kandydata skazanego na przegraną, ale zdolnego do jeszcze większej mobilizacji państwa Kaczyńskich. Grunwaldem prezesa Jarosława mają być wybory parlamentarne w roku 2015.

• Janusz Palikot padł. Nie udźwignął koalicji „Europa+” obciążonej Siwcem, Kwiatkowskim i Kaliszem. Potem po raz kolejny wyrzekł się swego programu ideowego i politycznego. Wyznaczył sobie nowe zadanie. Będzie kandydował na prezydenta RP. Nakazał też swojej partii, zwanej żartobliwie „Twoim Ruchem”, poprzeć swoją kandydaturę.

• Aleksander Kwaśniewski, od lat zapowiadany jako Mesjasz polskiej centrolewicy, i w tym roku nie przyszedł.

• Lewica z SLD uporczywie przebijała sufit dziesięcioprocentowego społecznego poparcia w wyborach. W roku 2014 albo sufit był pancerny, albo do przebijania go użyto niewłaściwych głów.

• Kawał roku 2014. „Kelner! Kelner! Keeeelner!!! Chwileczkę. Przecież słucham”.

• Polski Kościół katolicki odkrył dla obywateli naszego kraju walory Dominikany. Piękny kraj, polecany zwłaszcza na wakacje. Gorący klimat, urokliwe plaże, gościnni ludzie i kochające dzieci. Wspaniały materiał do formowania.

• Poza tym krajowy Kościół katolicki miał w 2014 roku pod górkę – topniało grono zwyczajnych wiernych. Gdyby w Polsce za katolików uznawać nie tych, kiedyś przymusowo ochrzczonych, lecz przynajmniej raz w miesiącu uczęszczających do kościołów, to mielibyśmy w naszym kraju jedynie czterdziestopięcioprocentową katolicką reprezentację.

• I jeszcze na koniec roku nuncjusz papieski zakazał biskupom udziału w marszu prezesa Kaczyńskiego 13 grudnia. Podobno sam papież Franciszek interweniował. Bał się, że biskupi pojadą na marsz swymi brykami i rozliczą kilometrówkę jak marszałek Sikorski.

• Policja nadal szuka spadochroniarzy, którzy 8 sierpnia 2014 roku wyskoczyli z czubka warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki. Ochrona ich nie powstrzymywała, bo skoczkowie byli przebrani za księży. A ksiądz w Polsce ma zwyczajowe prawo do wyskoków.

• Największe upadki polityczne roku 2014 to: Sławomir Nowak z PO i madryckie trio z PiS, czyli Hofman, Kamiński i Rogacki. Pierwszego na dno ściągnął zegarek podarowany ponoć od żony. Pozostałych żony też utopiły, kiedy w samolocie sobie popiły. Polska prawica powinna żyć w celibacie, jak prezes Kaczyński.

• Puszczono na tory kilka, zakupionych za ciężkie miliardy, składów Pendolino. Aby jeździły szybciej zlikwidowano niektóre tanie połączenia ze stolicą. W budowie pozostaje nadal druga linia metra w Warszawie. Teraz nie ma się już co śpieszyć, bo przecież HGW i tak znowu wybory wygrała.

• W budowie pozostaje też gazoport w Świnoujściu. W ciągu roku 2014 o 1/3 spadła liczba koncesji na wydobywanie gazu z łupków. A przecież premier Tusk obiecywał nam tu drugą Arabię Saudyjską i wypłaty przyszłych emerytur z przyszłych odwiertów. Przeminęły z gazem?

• „Chuj, dupa i kamieni kupa” – to najcelniejsza analityczna synteza polskiej innowacyjnej gospodarki stworzona przez najwybitniejszy analityczny umysł w rządzie Donalda Tuska, czyli ministra Bartłomieja Sienkiewicza. Byłego ministra. Przeintelektualizowanego jak na tę koalicję.

• Prezydent Ukrainy Perto Poroszenko przemówił w polskim parlamencie niczym kiedyś Polak – Papież. Przemówił, bo w roku 2014 przyjaźniliśmy się z Ukrainą, a gardziliśmy Rosją. W efekcie straciliśmy atrakcyjne rosyjskie rynki zbytu, ale Ukraińcy nadal nie otworzyli nam swoich. Można rzec, że nasza przyjaźń z Ukrainą jest absolutnie bezinteresowna.

• Ceny pod koniec przestały rosnąć i przez to odnotowano w polskiej gospodarce deflację. A tak się śmialiście się z pana prezydenta Wałęsy, kiedy obiecywał wam „Drugą Japonię”.

• Bundestag, parlament blisko nas położony, uchwalił budżet Niemiec na 2015 rok. Budżet, nie deficyt budżetowy. Po raz pierwszy od 45 lat wydatki i przychody państwa będą na tym samym poziomie. Ale kogo to u nas obchodzi.

Piotr Gadzinowski

Nr 34/2015, STYCZEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Wszystko na sprzedaż?

Published on 31/12/2014 by in Aktualności

 

Rozmowa z dr. Dawidem Sześciło

 

 - Czy własność prywatna jest jedyną rękojmią rozwoju społeczeństwa, gwarancją postępu?

- Nie. To jeden z mitów upowszechnianych przez zwolenników neoliberalizmu. Konstytucja RP, w art. 20 deklaruje, że społeczna gospodarka rynkowa oparta jest na wolności działalności gospodarczej i własności prywatnej, ale nie oznacza to, że wolą ustawodawcy było uznanie innych form własności za gorsze. Własność publiczna, państwowa, w wielu przypadkach stwarza lepsze gwarancje postępu, rozwoju i sprawiedliwości społecznej, niż w łasność prywatna.

 - A jednak sprzedaje się wszystko, na co jest kupiec.

- Postulat prywatyzacji uczyniono w Polsce po 1989 roku kompasem przemian. Prywatyzacja objęła nie tylko sferę wytwórczości, ale i inne obszary życia, w tym m.in. usługi społeczne. Urzeczywistnienie postulatu powszechnej prywatyzacji było błędem, którego negatywne skutki są już dziś dotkliwie odczuwane. Chcę jednak powiedzieć, że pewien zakres zmiany stosunków własnościowych był niezbędny. Państwo nie powinno brać na siebie odpowiedzialności za wszystko. Prywatna własność, jako jedna z form, jest potrzebna, ale niezbędna jest aktywna funkcja państwa, które powinno występować w roli regulatora stosunków między właścicielem a pracownikiem, między prywatnym a państwowym. Jeśli prywatny przedsiębiorca wygrywa np. kontrakt na budowę autostrady, to – co naturalne – celem jego działania jest uzyskanie maksymalnego zysku. Jednak prawem i obowiązkiem państwa musi być spowodowanie, by ten cel przedsiębiorcy nie był osiągnięty kosztem pracowników. Państwo musi wymuszać przestrzeganie standardów.

 - Okiełznać kapitalizm? Czy jest to możliwe?

- To jest możliwe, choć niewątpliwie trudne, o czym świadczyć doświadczenie, panoszące się praktyki tzw. umów śmieciowych, naruszanie prawa o dopuszczalnym czasie pracy, zaniżanie płac itp. „Okiełznanie” kapitalizmu będzie możliwe, gdy państwo lepiej spełni swoje powinności i skuteczniej wykorzysta znajdujące się w jego posiadaniu mechanizmy. Zgadzam się z opinią, że nie jest to łatwe. Przedsiębiorca niechętnie traci – gdy np. pogarsza się koniunktura, chętnie przerzuca na pracownika skutki wynikających z tego trudności. Ale innej drogi nie ma.

 - A jednak, oparcie stosunków między państwem a społeczeństwem na mechanizmie rynkowym, do czego prowadzi obecność w łasności prywatnej, mimo wszystko grozi naruszeniem równowagi społecznej…

- Toteż potrzebny jest pewien balans, wymuszanie równowagi między państwem a rynkiem. Balans, którego nie ma u nas od początku transformacji. Nie ma, bo zwyciężyły koncepcje neoliberałów.

Po co jakiś „balans”, skoro „rynek” i tak wie lepiej, „prywatny” lepiej pracuje?

- To kolejny mit neoliberałów. Rzeczywiście, dość powszechny jest stereotyp, w myśl którego np. człowiek pracujący na własny rachunek lepiej spełnia swoje funkcje, („bo mu się opłaca”) niż zatrudniony w instytucji publicznej, jest też bardziej od niego kreatywny, bardziej zdolny do innowacji. Prawda jest inna. Uczony amerykański, Henry Mintzberg w ciągu wielu lat prowadził badania, które udowodniły, że istnieje zjawisko przeciwne. Stwierdził, że pracownicy administracji są bardziej skutecznymi menagerami m.in. dlatego, że zdobywali doświadczenie w trudniejszych warunkach. Pracując w firmie kapitalistycznej, realizowali w zasadzie jeden cel: osiągać, tworzyć warunki dla osiągnięcia maksymalnego zysku. Natomiast zatrudnieni w administracji musieli łączyć wiele różnych celów: politycznych, społecznych, socjalnych, często sprzecznych ze sobą. To kształtuje cechy bardziej uniwersalne, wymusza większą skuteczność działania. Analogicznie można porównać pracę firm, przedsiębiorstw, choć w tym wypadku oceny będą bardziej złożone i trudniejsze.

 - W swojej pracy („Rynek, prywatyzacja, interes publiczny”) napisał Pan m.in.: „Nie ulega wątpliwości, że niedoskonałości rynku ujawniają się (…) w szczególności w sektorze usług publicznych”. Czy chodzi tylko o „niedoskonałości rynku”?

- „Niedoskonałości rynku”, to zjawisko głębsze, od wielu lat badane przez ekonomistów i opisywane w literaturze ekonomicznej. Najbardziej cenione prace wyszły spod pióra Josefa Stiglitza, laureata Nagrody Nobla. Nagrodę uzyskał za odkrycie i analizę najważniejszej niedoskonałości rynku -asymetrii informacyjnej. Zwolennicy wolnego rynku twierdzą np. że każdy z nas jest w stanie samodzielnie podejmować najlepsze decyzje. To kolejny dogmat systemu. Stiglitz udowodnił, że dogmat ten nie działa, bo zawsze między wybierającym a oferującym jest coś, czego dokonujący wyboru nie zna. Asymetria informacyjna ujawnia
się najbardziej w sferze ochrony zdrowia. Przykład: idąc do lekarza, nie wiemy czy zastosowana przez niego metoda diagnozowania i leczenia jest optymalna, czy otrzymaliśmy właściwe lekarstwa itp. To samo można powiedzieć o innych dziedzinach. We wszystkich – dogmat o nieomylności rynku nie działa.

 - W cytowanej pracy kwestionuje pan dość powszechne ostatnio przeświadczenie, że instytucje prywatne wykonują zadania publiczne w sposób bardziej efektywny niż instytucje zaliczane do sektora publicznego…

- Kwestionuję, bo mamy w tym przypadku do czynienia z wyraźnym konfliktem. Instytucja prywatna kieruje się logiką zysku, bo taka jest jej istota. Instytucje zaliczane do sektora publicznego muszą ze swojej istoty kierować się interesem publicznym. Występująca tu „ułomność rynku” uzasadnia ingerencję państwa. „Niewidzialna ręka rynku” przeszkadza w wykonywaniu zadań publicznych, „urynkowienie” tych zadań jest szkodliwe.

- Usługi publiczne to, m.in. leczenie chorych, ochrona zdrowia, edukacja. Czy popularyzowana ostatnio prywatyzacja służby zdrowia rzeczywiście ją usprawni? Czy znikną kolejki do lekarzy, gdy przychodnie i szpitale przejdą w prywatne ręce lub zostaną choćby skomercjalizowane?

- Kolejki zniknęłyby, gdyby ochronę zdrowia „urynkowiono” całkowicie. Zniknęłyby, bo do lekarzy szli by tylko ci, których byłoby na to stać. Pacjenci, którzy nie mieliby pieniędzy, rzeczywiście z kolejek zniknęliby. Trudności w dostępie do lekarzy nie wynikają z tego, że w Polsce jest za mało prywatnych przychodni i szpitali, tylko z tego, że publiczna służba zdrowia ma do dyspozycji za mało środków finansowych. Zwiększenie nakładów dla sektora publicznego rozwiązałoby podstawowe jego problemy. Tymczasem cicho, bez rozgłosu trwa komercjalizacja i prywatyzacja służby zdrowia. Samorządy, w których gestii znajdują się szpitale, komercjalizują je lub prywatyzują. Nowi właściciele na ogół zaczynają działalność od likwidacji oddziałów „niedochodowych” i – częsta praktyka- otwierają te, które przynoszą zyski, m.in. wysoko dochodowe centra dializ. Skutki: pacjenci mają utrudniony dostęp do lekarzy, a samorząd nadal odpowiadający za służbę zdrowia na swoim terenie, pozbawia się instrumentów wpływania na poziom ochrony zdrowia. Przekształcenie szpitala w spółkę prawa handlowego (komercjalizacja) powoduje, że – zgodnie z prawem handlowym – głównym celem pracy szpitala staje się zysk. Następuje więc nie tylko zmiana prawna, zmiana systemu własności, ale przede wszystkim – zmiana ustrojowa. Konstytucja, w art. 68 zapewnia każdemu prawo do ochrony zdrowia. Prywatyzacja służby zdrowia stwarza przesłanki do naruszenia tego prawa.

 - Bywają zdarzenia kuriozalne. W gminie Hanna w woj. lubelskim, wszystkie szkoły samorząd przekazał fundacji. Władze samorządowe twierdzą, że nie jest to prywatyzacja…

- Samorządy mylnie interpretują zarówno decyzję podjętą w gminie Hanna, jak i identyczne lub podobne działania w innych regionach. To typowe przykłady prywatyzacji zadań publicznych. W ustawie zapisano mechanizm, w oparciu, o który można dokonywać takich zmian. Samorządy mają do tego prawo, nie potrzeba nawet przetargu; wójt, burmistrz, prezydent miasta może przekazać szkołę dowolnej organizacji pozarządowej. Gdyby chociaż zmiana właściciela szkoły zapewniała poprawę nauczania, lepszy poziom kształcenia i wychowania… Ale takich kryteriów nawet nie rozpatruje się… Chodzi bowiem o „obejście” Karty Nauczyciela, o uwolnienie się od niej, czyli obniżenie kosztów utrzymania szkoły. Przyczyna: samorządowi przekazano szkoły, nie zapewniając niezbędnych środków finansowych. Uwaga na marginesie: dlaczego w szkole, którą samorząd przekazał organizacji pozarządowej, mają obowiązywać inne zasady zatrudniania i wynagradzania? Różnicowanie statusu nauczycieli w szkołach publicznych i prywatnych, mających status szkół publicznych, jest nieuzasadnione. Mamy do czynienia z omijającą wszelkie procedury, łamiącą prawa nauczycieli prywatyzacją jednego z najważniejszych zadań publicznych. Jeśli ten proces będzie rozszerzał się, pojawią się szkodliwe skutki społeczne…

 - Czy w ogóle takie dziedziny, jak proste usługi komunalne, edukacja, opieka medyczna i leczenie powinny być prywatyzowane?  

- Nie ma powodów by państwo robiło wszystko. Trzeba natomiast zapewnić właściwą jego rolę, tworzyć warunki dla rozwoju innych form własności, podmiotów ekonomii społecznej, spółdzielni, przedsiębiorstw społecznych, działających non profi t itp.

 - Czy państwo traci kontrolę nad państwem?

- W pewnym stopniu – tak. To proces nieuchronny w warunkach decentralizacji. Chodzi tylko o to, by nie był to proces „dziki”, żywiołowy, a samorząd terytorialny, przejmujący w coraz większym stopniu rolę państwa – spełniał coraz lepiej swoje obowiązki. Zachodzące przemiany powinny służyć obywatelom, natomiast własność prywatna nie powinna pretendować do roli gwaranta rozwoju kraju. Wszystkiego nie można przeznaczyć na sprzedaż.

Rozmawiał Jerzy Kraszewski

*DAWID SZEŚCIŁO – doktor nauk prawnych, adiunkt w Zakładzie Nauk Administracji na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Autor ponad stu publikacji z zakresu prawa publicznego, zarządzania publicznego i praw człowieka.

 

Nr 33/2014, GRUDZIEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Wódka akbar

Published on 20/12/2014 by in Kraj, Miesięcznik

Widmo, widmo krąży po Europie – widmo polskiego radykalnego islamu. To nie żart. To informacja pochodząca z „Gazety Wyborczej” nadal uważającą się za poważną. – To nie żart – powiedział Bartoszowi T. Wielińskiemu, reporterowi Gazety, Sven Lau, lider niemieckich salafitów, chcemy nieść posłanie miłosiernego Boga do Polski. Już nad tym pracujemy. W naszych szeregach jest już sporo polskich imigrantów.

Niemieccy salafici to wyznawcy najbardziej radykalnej odmiany islamu, oskarżani o powiązania z terrorystami budującymi właśnie Państwo Islamskie na terenach Iraku i Syrii. Imam Sven Lau jest pięknym trzydziestoletnim niemieckim konwertytą. Wiosną zbudował na peryferiach Wuppertalu, trzystutysięcznego miasta w Zagłębiu Ruhry, elegancki meczet. Jesienią zorganizował tam patrole islamskiej policji obyczajowej. Napominali napotkanych przechodniów, aby nie wchodzili do salonów gier hazardowych i klubów z panienkami. Po tym szybkiej rozprawy ze „społeczną” islamską policją domagali się kanclerz Merkel i minister spraw wewnętrznych Thomas de Maiziere. Nie proponowali chemicznej kastracji imama, ale zablokowanie mu takiej działalności misyjnej. Okazało się jednak, że oboje mogą imamowi jedynie napsioczyć. Prawnicy dowiedli, że społeczna policja prawa nie złamała. Popełniła jedynie wykroczenie nie zgłaszając wcześniej takich pikiet.

Dzięki reklamie pani kanclerz i jej ministra Her imam Lau stal się znanym islamskim celebrytą. W 2007 roku byłem obserwatorem wyborów prezydenckich w Turcji, w mieście Trabzon, z Rady Europy. Ponieważ jestem lewicowcem z Europy Środkowo-Wschodniej miałem za partnera portugalskiego liberała. Opiekował się nami turecki tłumacz. Trzydziestoletni, gładkolicy inżynier elektronik. I jednocześnie absolwent uniwersytetu koranicznego w Kairze. Po dwóch dniach znajomości nasz tłumacz zaczął reklamować nam islam i zachęcać do przyjęcia tej wiary. Czynił to w sposób bardzo miękki. Przekonywał, że z islamem jest jak z programem Windows. Judaizm, chrześcijaństwo to już stare, archaiczne boskie oprogramowanie. Najnowszą generacją boskiego oprogramowania jest religia objawiona przez proroka Mahometa.

W Niemczech imam Lau też ciągle powtarza, że muzułmanie szanują chrześcijan, odrzucają terror i potępiają zbrodnie Państwa Islamskiego. Są wspólnotą przygarniającą wszystkich imigrantów, nie tylko z państw islamskich. Wszystkich mieszkających w regionie gdzie odnotowane jest największe w Niemczech bezrobocie. Polacy uchodzą zagranicą za ludzi bardzo pobożnych. Nic dziwnego, że zachęceni wiarą w polską pobożność niemieccy muzułmanie nagrywają już przeznaczone dla nich posłania. Będą je wrzucać do Internetu. Nawołujące, aby polscy „bracia i siostry” przeszli na islam. Tak, jak uczynili ich niemieccy bracia i niemieckie siostry. Przy okazji takiej zmiany oprogramowania proponują niebagatelny bonus – całkowite odpuszczenie poprzednich grzechów. Już tutaj, na ziemi. Jeśli dodać do tego wizję muzułmańskiego nieba, czyli boskiego ogrodu pełnego hurys i porównać ją z niebem katolickich, bezpłciowych aniołów, to każdy widzi walory ich oferty.

Chrześcijaństwo przyszło do naszego kraju z Niemiec. Tak jak hebel, krajzega i kartofle. Stale sprowadzamy stamtąd używane samochody. Czemu nie mógłby teraz nadejść islam? Niemiecki islam przyjąłby się u nas szybciej niż ruski, litewski, czy nawet węgierski. Bo niemieckość to synonim dobrej jakości i trwałości. Ale, czy mamy pozwolić by nas zniemczał imam Sven Lau?

Cóż zatem czynić, aby oprzeć się nadchodzącej fali niemieckiego Allaha? Szukać nowego Karola Młota? W Turcji poddawani delikatnemu praniu mózgów gotowi byliśmy przyjąć nowe, religijne oprogramowanie, ale każdy z nas zadał naszemu imamowi fundamentalne pytanie. Portugalczyk spytał, czy nowy program będzie kompatybilny z konsumpcją jego ulubionej, portugalskiej szynki? Mnie interesowało czy nowy program nie zawiesi mi się po kontakcie z płynami wódko podobnymi. Niestety, bezradnie rozłożył ręce nasz informatyk. Allah jest wielki, ale o tym mowy nie ma. W ten sposób świnina i wódka ocaliły nas od wyrzeczenia się Jezusa, w którego zresztą obaj nie wierzyliśmy. Ale tym samym odnaleźliśmy klucz do ocalenia tożsamości naszej chrześcijańskiej Europy.

Państwo europejskie musi być świeckie. A jego prawo musi być pozbawione wpływów wszelkich, religijnych dogmatów. Dodatkowo państwo polskie musi wspierać nasz kulturowy, zdrowy hedonizm i tożsamość. Obniżyć akcyzę na alkohol, wspierać produkcję świniny. Tylko tak ocalimy chrześcijańską tożsamość Europy przed zalewem tożsamości obcych. Wypijmy za Jezusa nowonarodzonego! Wesołych Świat!

PG

Nr 33/2014, GRUDZIEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Wrażliwe społeczeństwo jest

Published on 18/12/2014 by in Kultura, Miesięcznik

 

Polacy śpiewają przede wszystkim piosenki biesiadne, żeby nie powiedzieć pijackie. A i te zwykle śpiewają na swoją nutę, to znaczy każdy na swoją. 

Rozmowa z Jackiem Cyganem

 

 - Napisał pan książkę „Życie jest piosenką”. Ale czy można dzisiaj wyżyć z piosenek?

- Chyba już coraz trudniej. Dzisiaj nasze utwory są dostępne w Internecie za darmo, każdy może sobie je ściągnąć na smartfony, tablety i inne urządzenia. Przez to ludzie nie kupują płyt, bo wybrane piosenki mają przy sobie gratis. Kiedyś sprzedawaliśmy z Rysiem Rynkowskim nasze płyty w dwustutysięcznych nakładach, teraz dobry wynik to dziesięć tysięcy. Gdyby taki spadek produkcji miała fabryka Mercedesa to byłyby wielkie protesty, rewolucja może. Ale na twórców nikt nie zwraca uwagi, bo twórca nie przykuje się do kaloryfera ani nie pójdzie palić opon pod Sejmem.

 - W Polsce kradzieżą jest zabór cudzego portfela, korzystanie z cudzej własności intelektualnej, nagannym już nie jest.

- Ja też czasem słucham w sieci swoich piosenek i chętnie bym za to zapłacił, choćby złotówkę, ale nie mam komu. Taki system nie działa, a powinien. Dlatego tak ważna jest ochrona własności intelektualnej, wszystko to, co robi Stowarzyszenie Autorów ZAiKS. Co w tej sytuacji robią artyści, gdy prawo autorskie nie jest przestrzegane? Autorzy, którzy sami śpiewają, więcej występują na koncertach. Młodzi wokaliści sami sobie piszą teksty i muzykę piosenek. Taki zawód, jak niezależny kompozytor piosenek czy tekściarz powoli zanika. Jeszcze trochę, a moja żona będzie mnie obwoziła w klatce i pokazywała na jarmarkach. Jako relikt. No, trochę przesadzam… Ale żeby nie żalić się, powiem, że życie jest piękne, bo można odkrywać w sobie nowe talenty. Napisałem sztukę „Kolacja z Gustavem Klimtem”, którą wystawia krakowski Teatr STU, mam spektakl w Warszawie „Cygan w Polskim – Życie jest piosenką”, gdzie miedzy innymi śpiewam dwa duety z Andrzejem Sewerynem. Piszę książki, wydaję tomiki wierszy, prowadzę koncerty.

 - Przeszedł pan na postulowane przez media wielozawodowstwo?

- Kiedyś to się nazywało płodozmian.

- Dlaczego Polacy tak cienko śpiewają? Rosjanie czynią to gromko, choć często smutnie. Ukraińcy pięknie i na wiele głosów. Czesi też potrafią wspólnie zaśpiewać. A my nawet, jeśli już pieśń zaintonujemy, to po chwili kończymy, bo nie pamiętamy następnych zwrotek. Za trudne teksty piszecie?

Z polskim wspólnym śpiewaniem jest tragicznie. Dzieje się tak dlatego, że w Polsce nie śpiewa się w domach, nie ma takich tradycji. To znaczy nie kultywuje się spotkań rodzinnych, podczas których dziadkowie, rodzice i dzieci śpiewają wspólnie. Często bywam w domach polskich na Litwie i tam pięknie śpiewają. Zresztą w Polsce też są różnice między regionami. Jak jestem na Śląsku i gramy bluesa to publiczność klaszcze na dwa, doskonale wchodzi w rytm. W kieleckim wszyscy klaszczą na jeden. Nie mamy wyniesionego z domu nawyku żeby dostroić własny głos do innych. No i kiedyś słyszeliśmy przez radio polskie piosenki, a dzisiaj radia grają głównie po angielsku. Ubolewam, że nie mamy przez to szans obcowania z najpiękniejszymi polskimi utworami. Piosenek Ewy Demarczyk, Czesława Niemena czy Grzegorza Ciechowskiego nie ma w radiach lub są bardzo rzadko. A w radiach we Francji, w Hiszpanii czy we Włoszech śpiewają po
francusku, hiszpańsku czy włosku, dbają o własną kulturę. Jeśli połączymy pustkę, którą człowiek wynosi z domu z repertuarem rozgłośni radiowych, to mamy pustynię.

 - Ale rozgłośnie radiowe maja obowiązek nadawania polskiej muzyki.

- Przynajmniej trzydzieści procent emisji powinny wypełniać polskie utwory, czy precyzyjniej „polskie produkcje”. Mój przyjaciel Ryszard Rynkowski zawsze, jak wraca w nocy po koncertach do domu, to opowiada, że między drugą w nocy a piątą nad ranem grają bez przerwy polskie piosenki. W ten sposób radia wywiązują się z tego przepisu i niby są w porządku. Ale to przecież pachnie hipokryzją.

- Jak podczas wyborów parlamentarnych w Azerbejdżanie. Tam partie opozycyjne też miały prawo do prezentowania swoich spotów wyborczych w państwowej telewizji. I nadawano je między trzecią a piątą rano.  

- Drzymała, ten od wozu, pewnie przewraca się w grobie, razem ze swoimi wychowankami, słysząc jak w teraz w polskich rozgłośniach radiowych w prime time grają głównie piosenki w obcych językach!

– Polacy. kiedy już powstaną do śpiewu, to wybierają piosenki wojskowe, nie mamy tylu cywilnych?

- Nie, Polacy śpiewają przede wszystkim piosenki biesiadne, żeby nie powiedzieć pijackie. A i te zwykle śpiewają na swoją nutę, to znaczy każdy na swoją. Dominują „Góralu czy ci nie żal”, „A wszystko te czarne oczy”, czy nieśmiertelne „Sokoły”. Ostatnio do tego kanonu weszły jeszcze piosenki disco polo. I też często śpiewają je tragicznie, chociaż są to raczej proste melodie. Ale gdzie się mieli nauczyć śpiewać, gdy dom i szkoły są głuche?

 - A pan wpisał się w nurt piosenki pijackiej?

-  Pijackiej może nie, chociaż chętnie opowiem o pewnej zabawie literacko-winnej. Kilka lat temu razem z grupą przyjaciół zakochanych we Francji, zaczęliśmy obchodzić pojawienie się w połowie listopada słynnego wina Beaujolais Nouveau. Nawet bywał na tych spotkaniach Ludwik Stomma. Szybko okazało się, że zwłaszcza dla panów to „bożolé nuvó” jest mało atrakcyjne. W związku z tym moja żona wymyśliła, że będzie robić dla równowagi kminkówkę na spirytusie z laseczką wanilii, którą ja nazwałem „gorzolé staró”. Wtedy razem z Jurkiem Filarem napisaliśmy pieśń, w której pojawiła się historia zaczynająca się tak:

„Mąż z żoną kłócili się głośno przy stole,

Czy gorzałka lepsza, czy lepszy bożole?

Więc żona krzyczała: – Zrozum raz, matole, Że najlepiej kręci młodziutkie bożole”!

A mąż na odwrót, bronił swojej „gorzole”.

Trwała ta kłótnia przez kilka zwrotek, miedzy którymi dziewczyny śpiewały cieniutkimi głosami „Oooo, Oooo bożolé nuvó!”, a faceci swoimi basami: „Oooo, Oooo, gorzolé staró!”
Na koniec piosenki była taka zwrotka:

„Kłócili się długo pro publico bono, Bożole, gożole, golono – strzyżono,

Mąż chciał żonę topić, lecz poniechał, bo…

Nagle się w butelkach pokazało dno!

Wypijmy więc za to wszyscy bez oporu,

By zawsze był z nami pełen przedmiot sporu!

Więc pijmy, kochani, pijmy, bo jest co: Bożolé nuvó. Gorzolé staró!

Była pyszna zabawa, bowiem śpiewaliśmy to o północy i ludzie co roku czekali na tę piosenkę. I to jest też rola piosenki, aby się ludzie przy niej bawili.

 - Dla pana publiczność jest raczej łaskawa?

- Powiem tak, jednym z największym kapitałów polskiej piosenki jest polska publiczność. Ludzie nadal wiedzą, co to jest dobry tekst, bo wychowali się na Agnieszce Osieckiej, Kabarecie Starszych Panów, Wojtku Młynarskim, Jonaszu Kofcie. I w tej sprawie ludzi w Polsce trudno oszukać! Dlatego koncerty artystów, których teraz nie ma w telewizji od lat cieszą się wielką frekwencją. I Edyta Geppert, Ala Majewska, Ryszard Rynkowski, Zbyszek Wodecki, czy Andrzej Sikorowski wszędzie mają pełne sale. Ludzie tęsknią do tego, czego nie ma w telewizji, a w telewizji najlepiej żeby artysta gotował albo tańczył.

 - Czy napisałby pan nowy tekst hymnu polskiego? Ten stary jest już trochę archaiczny. Ta ziemia włoska, czy wolska, te tarabany?

- Kiedyś Tadeusz Słobodzianek poprosił mnie, abym w jego studium dla młodych dramatopisarzy „Laboratorium Dramatu” poprowadził przedmiot „Teoria piosenki”. Miałem zajęcia z początkującymi dramaturgami, fantastyczni młodzi ludzie. Zadałem im pracę, aby napisali nowy tekst naszego hymnu, bo melodię znają na ogół wszyscy. I wszystkie próby były satyryczne. Nie było jednej poważnej pracy. Rozumiem, że uciekli od tej odpowiedzialności, że była to taka satyra obronna. Ale ja też bym się nie podjął takiego zadania, by napisać nowy tekst do polskiego hymnu, bo jak kiedyś generalissimus powiedział: „Mazurek Dąbrowskiego eto charoszaja piesnia”.

 - Z tym wielkim językoznawcą nie dyskutowało się.

- Ale to rzeczywiście, oceniając uniwersalnie, bardzo ładna piosenka jest. Udana.

 - A hymn dla kibiców napisałby pan?

- Oni potrzebują dobrego repertuaru…. Dla kibiców piłki nożnej nie, myślę, że oni muszą sobie coś sami ułożyć, wtedy będą w to wierzyć! Chociaż miałem jeden sportowy utwór. Zadzwonił do mnie Robert Janson, z którym napisałem piosenkę „Łatwopalni”, i któremu z tej racji się nie odmawia. Powiedział, że jest związany klubem SKRA Bełchatów. Z siatkarzami. I taką pieśń, rodzaj klubowego hymnu napisaliśmy. Zrobiłem to z ochotą, bo bardzo cenię i podziwiam polskich siatkarzy.

 - Co powinien zrobić artysta, by tak znakomity tekściarz mu piosenkę napisał?

- Zadzwonić.

 - A poza tym? Podać szczególne motywy? Dopalacze? Zagrać na dobre serce, przynieść czekoladki, zaproponować seks za przebój?

-  Seks w ostateczności, raczej platoniczny. Oczywiście dla autora tekstu wykonawca nie może być osobą nieznajomą. Artyści nie muszą być moimi przyjaciółmi, ale musi być między nami jakaś wspólnota ducha, zainteresowań, estetyki. Zadzwoniła do mnie Sylwia Grzeszczak, artystka młodego pokolenia. Napisałem dla niej balladę „Imię trawy”. Myślałem, że będzie taką piosenką na drugą stronę płyty, że nikt jej w radio nie puści. Ale jak przyjechała do mnie i wykonała ją pierwszy raz przy moim pianinie, to aż dreszcze poczułem.

 - Napisał pan wiele przebojów dla Ryszarda Rynkowskiego. Czy na co dzień mówi on swoimi, czy pana tekstami?

- Rysiu na koncertach mówi tak: Jacek napisał piosenkę o takim leniu, obiboku: „Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwko w cieniu pić”. I jak ją zatytułował? „Zwierzenia Ryśka”! A przecież Jacek napisał to o sobie. Ale między nam jest relacja przyjacielska. Piszę dla niego, on wie, że jest to też o mnie. Ale ja nie ryzykuję. To on może dostać na koncercie pomidorem, nie ja.

- Jak to jest, kiedy fragmenty piosenki wchodzą do potocznego języka?

- Kiedyś siedziałem w restauracji „Zacisze” w Krynicy i był tam fajf o szesnastej, jak to u nas. Siedzi obok mnie dwóch kuracjuszy, na stoliku buteleczka. I nagle jeden mówi: – Czego może chcieć od życia taki gość jak ja!

A ja się wtedy odwracam i mówię, przepraszam, ale to jest moje! Oni poznali mnie i opowiadają swoją krzywdę. Mówią: – Panie Jacek… – bo po kieliszku faceci u nas nie deklinują. Zatem: – Panie Jacek, poznaliśmy literatkę z Warszawy. Przemyciliśmy ją do Domu Zdrojowego. Pan rozumie, noc, kobieta, mieliśmy pewne plany… A ona zjadła nam konserwę turystyczną, wypiła naszą wódkę i uciekła oknem! Czy pan nas rozumie, panie Jacek? Czy pan nam współczuje?

Często jeżdżę po Polsce i słyszę: – Proszę pana, przy tej piosence to się poznaliśmy z mężem, a przy tej, to się rozwiedliśmy. Przy tej, to byłam w szpitalu, przed operacją i kiedy usłyszałam „Czas nas uczy pogody”, to pomyślałam, że wszystko się uda. Piosenka jest taką malutką kroplą, w której przegląda się ludzkie życie.

Kiedy słyszę jak ludzie mówią moimi tekstami to czuję, że praca tekściarza ma sens. Zwłaszcza, kiedy słyszę: – Czy pan nas rozumie, panie Jacek? Czy pan nam współczuje? Takie wrażliwe społeczeństwo jest.

Rozmawiał Piotr Gadzinowski

Nr 33/2014, GRUDZIEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Merry Christmas

Published on 17/12/2014 by in Kraj, Miesięcznik

Karolina Prus kocha robotę. Ale w Polsce bez wzajemności. Jej droga do Londynu była typowa.

W nadgranicznej Gołdapi największym pracodawcą była granica. Karmiła, odziewała i wsadzała do więzień. Karolina jednak najpierw próbowała granicy nie zauważać. Zaczęła od bawienia dziecka miejscowego prominenta. Ocierała się o wielki świat, a prominent mógł niedbale mówić w towarzystwie: „a, to opiekunka do mojego dziecka”, kiedy zabłąkała się na salony podczas przyjęcia.

Postarała się o własne dziecko w wieku 20 lat. Sprawca ciąży przestał ją znać, kiedy tylko się dowiedział. Rodzina zareagowała tak, jak reagują zazwyczaj mieszkańcy małych, zapyziałych miasteczek – zerwała z nią wszelkie kontakty i odcięła dopływ pieniędzy.

Miejscowy bar. Kucharka, a kiedy mniej roboty – kelnerka. Tak wytrzymała 3 lata. Marzył się wielki świat, gdzie na pewno da sobie radę. Poszła na studia. Jednocześnie intensywnie szukała pracy w bartoszyckim Urzędzie Pracy. Wspomina rozmowy z urzędniczkami stamtąd, jak czeski film.

– Mamy kursy dla kogoś takiego jak pani, ale tylko dla kobiet z terenów wiejskich… Niestety, ten kurs jest dla młodych samotnych kobiet, a to dziecko… Ten kurs jest dla samotnych matek z dzieckiem, ale pani dziecko jest już za duże… Niestety, nie ma dla pani pracy, bo nie ma pani doświadczenia zawodowego…

Wreszcie zaproponowano jej robotę. W szwalni. Na 3 zmiany. Żadnych ulg na dziecko i zwolnień na studia. Nie mogła odmówić, bo musiała figurować, jako bezrobotna. Próbowała dokonać niemożliwego, czyli łączyć studia z pracą, co było z góry skazane na niepowodzenie. Wylali ją z roboty. Znowu żebrała o kursy.Dostała się na kurs „kasjer walutowy”. W okolicy wszystkie kantory i kasy walutowe były zaklepane i obstawione przez właścicieli kantorów i ich rodziny, więc wiedziała, że to beznadziejne. Potem „Mała przedsiębiorczość z obsługa komputera”. Prowadzący pieprzył bzdury, a na komputerze znała się lepiej niż on. Miała nawet pomysł na swoja działalność, ale w urzędzie odmówili dofinansowania, bo nie miała wyuczonego zawodu. Do tej pory wydawało się jej, że właśnie po to są kursy, żeby się nauczyć zawodu. Papierek z kursu położyła na półeczce z napisem „Psu o dupę rozbić”.

Dziecko jeść chce i samej jeść było trzeba. Zaczęła więc robić to, co robili w tym mieście wszyscy: przemycać. Od poniedziałku do piątku obklejona kartonami papierosów kursowała na trasie Bartoszyce – Rosja. Wyjazd na noc, powrót o 6.00. Po godzinie, o 7.00 autobus do Olsztyna na studia, gdzie mówili, jak dobrze żyć w wolnej Polsce i że trzeba inwestować w siebie. Po powrocie odbiera córkę z przedszkola i śpi zwierzęcym snem. Wytrzymała tak rok.

Po pierwszym roku studiów poszła szukać legalnej pracy. W miejscowym markecie obiecali pracę i wolne weekendy, żeby mogła studiować. Nie dotrzymali słowa. Straciła pracę. Wróciła do przemytu.

Po drugim roku studiów ponownie szturmowała Warszawę. Jako opiekunka do dziecka. Weekendy wolne, żeby mogła zobaczyć swoje. Państwo płacili, ale wymagali. Do opieki doszło sprzątanie. Po 9 miesiącach zachorowała. Na wyczerpanie. Szpital. Powrót do Bartoszyc, szukanie jakiejkolwiek pracy. Znalazła w Providencie. Ganiała takich samych nędzarzy na dnie, jak ona, ściągała od nich cokolwiek, żeby tylko uniknęli komornika. Straszyła, bo ją straszyli. Zabierała, bo jej zabierali.

Po drugim roku studiów wyjechała na praktyki do jednego z tygodników warszawskich. Praktyki się skończyły, pracy nie było. Po kolejnym roku obroniła prace licencjacką. Była dziennikarzem. Podjęła pracę w lokalnej gazecie. Pracowała do czasu pierwszego artykułu, w którym opisała nieprawidłowości burmistrza. Na zielonej trawce znalazła się razem z naczelną.

Pisała ludziom prace licencjackie, prace magisterskie, przygotowywała tumanów do szkół. W weekendy pracowała, jako organizatorka wesel i przyjęć w okolicznym ośrodku hotelowo restauracyjnym. Tydzień pracy miał 70 godzin.

Policja ogłosiła nabór. Przygotowała się do egzaminów, zdała testy, zdała egzamin. Byli zachwyceni. Córka już jednak była chora na ciężką, uleczalną, ale przewlekłą chorobę. Potrzebowała opieki i leków. Kosztowały krocie. Zrezygnowała z policyjnej kariery, zajęła się dorywczymi pracami, bieganiem po lekarzach i znajdowaniem fundacji, która mogła pomóc. Gdyby nie Polsat, dzieciak dzisiaj byłby kaleką. Gdyby nie lekarze, dobrzy ludzie. To jej jedyny sukces.

Potem dom opieki. Obierała, gotowała obmywała, karmiła, przewijała. Nosiła gary i kotły. Złapała szczęście za nogi. Robota w warszawskim przedszkolu. Dali etat. Ale rodzice celebryci płacą i wymagają. Zajrzeli do teczek personalnych. – Jak to, do naszych dzieci, jakaś baba bez specjalistycznego wykształcenia?! A w życiu! – Ma po prostu niefarta, powiedziała redakcyjna koleżanka. Największy to ten, że się tu urodziła.Za ostatnie grosze kupiła bilet do Londynu.

Kamil

Obiekt zazdrości w swoim niewielkim miasteczku w zachodnio-pomorskim. Prosi, by nie pisać, skąd jest, bo „nikt nie zrozumie, co zrobiłem, a rodziców skompromituję”. Bo tam, jak wszędzie na polskiej prowincji, ludzie wiele wybaczają, ale nie wybaczają najgorszej zbrodni – bycia innym. Bogaci rodzice. Po skończeniu szkoły, na studia zarządzania w Gdańsku dostał się śpiewająco. Jako student bez wysiłku zaliczał wszystkie sesję. Papa zacierał ręce, że wielki biznes zostawi w godnych rękach. Ale nie naciskał. Gdyby chciał wybrać inna drogę, to, czemu nie. Można przecież ludzi do roboty nająć, a być tylko właścicielem. Tolerancyjni ludzie. Toteż kiedy nagle powiedział, że jedzie z dziewczyna do Berlina na rok, nie mrugnęli nawet okiem. Niech jedzie, liźnie świata i języków. Nie dojechał. Pokłócili się w drodze. Wysiadł na granicy. Zadzwonił do kumpla. Napił się ze smutku. Nie trzeźwiejąc obaj po 3 dniach ocknęli się w Londynie. Kolega znał kolegę, a tamten jeszcze kogoś. Tu tak wszyscy zaczynają. Nowego podają sobie z ręki do ręki. Jego też tak podali do knajpy meksykańskiej.

Po 3 miesiącach wrócił do Polski. Skończył studia. Rodzice kwitli. Kupili samochód na prezent. Zaczął pracę w tatusiowym biznesie. Życie jak sen: wysypiał się, ludzie kłaniali mu się w pas, a czego nie wiedział, ojciec podpowiedział. Krok po kroku dopuszczał do interesu i coraz ważniejszych decyzji. Chodził po urzędach, reprezentował firmę. O tym, że wraca do Londynu do knajpy na barmana, napisał rodzicom esemesem z lotniska w Warszawie. Telefon potem wyrzucił.

Oboje spotkali się w tej samej meksykańskiej restauracji. Barman i kucharka. Oboje z wyższym wykształceniem. Co za degradacja. W Polsce mogli być kimś. – Nikim – poprawiają mnie zgodnie oboje. Nie to, że Polska jawi im się, jako otchłań piekła, skądże. To tylko kraj nie do życia. Karolina pracuje na dwie zmiany. Właściciel jest zachwycony, bo sama się prosi o robotę. Nie dlatego, że bardzo potrzebuje pieniędzy, bo na jedną zmianę też na zarobki nie narzeka. Po prostu tutaj, jak mówi, nie czuje się zmęczona. To nie zasługa klimatu, tylko przepisów. Tego nie wolno jej podnieść, tam wejść, po iluś godzinach pracy obowiązkowa przerwa. Właściciel rygorystycznie tego pilnuje. Źle się kiedyś poczuła, wymiotowała jak kot. Wysłali do domu, taksówką na koszt firmy. Następnego dnia nie pozwolili wracać do pracy, bo przysługują dwa dni wolnego. Płatne oczywiście. Szef dzwonił i pytał czy się dobrze czuje, bo jeśli tylko chce, to może jeszcze odpocząć. Praca poczeka. Uśmiechnięci wszyscy. I pytają, kiedy ściągnie córkę. Już wiadomo, do jakiej szkoły pójdzie i jakie pieniądze dostanie od państwa, żeby dzieciak mógł się uczyć i zacząć z wyższego poziomu niż matka. To się wyspiarzom opłaca.

Kamil nie wie, co to odmóżdżająca robota fizyczna, bo nigdy jej nie zaznał, więc zachwytów Karoliny nie rozumie. Ale rozumie, że tutaj nic nie musi. Nie musi wyglądać, zachowywać się i ubierać tak, jak trzeba, bo inaczej stado go nie zaakceptuje. I rozumie, że tutejszego państwa się nie boi, bo ono pokazuje mu na każdym kroku, że istnieje po to, by mu ułatwiać życie. I że on, taki mały Polak jest ważny dla Wielkiej Brytanii. Skoro już tu przyjechał, pracuje legalnie i płaci podatki, to Wielka Brytania chętnie zawiera z nim korzystne umowy. Da mu darmową szkołę językową, żeby swój angielski podszlifował. Dopłaci do kursu na operatora dźwięku, bo to zawsze było jego marzenie. I jeżeli pomylił się w podatkach, to wie, że nikt go nie obłoży karą, która podetnie mu korzenie egzystencji, tylko razem z urzędnikiem zastanowią się jak to zrobić, żeby obu stronom było wygodnie, a zobowiązania uregulować. I umowy są dotrzymywane. Niebywałe. Nic się nie stanie, mówią oboje, jeśli nie wrócimy do Polski. Ona jakoś da sobie radę bez nas.

Maciej Wiśniowski

Nr 33/2014,  GRUDZIEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Generacje polityczne Polski Ludowej

Published on 14/12/2014 by in Kraj, Miesięcznik

Polska Ludowa trwała 45 lat. Jej polityczna historia miała kilka faz, pod wielu względami różnych. Zazwyczaj przejście od fazy do fazy odbywało się burzliwie, w atmosferze kryzysu. Spowodowane to było autorytarnym systemem politycznym, który nie miał wbudowanych integralnych reguł sukcesji oraz rywalizacji i wymiany ekip. Mimo to taka rywalizacja nieustannie trwała, tyle, że w formach ukrytych, zdegenerowanych, a do rozwiązania dochodziło w kryzysie, często w wyniku quasi-zamachu stanu. (…) Najważniejszą cezurą był Październik 1956 roku, kiedy na trwałe proklamowano autonomię Polski wobec radzieckiego hegemona, w wielu obszarach znacznie wykraczającą poza „normalność” właściwą dla regionu. Nie bez znaczenia były też następne cezury, 1968–1970 oraz 1980–1982. Każda z nich wyznaczyła istotną zmianę kursu politycznego formalnie tej samej rządzącej partii. (…) Z dużą dozą wiarygodności – jak sądzę – można twierdzić, że za każdą istotną zmianą kursu politycznego w PRL stała formacja polityczna, mniej lub bardziej, ale zawsze różniąca się od poprzedniej doświadczeniem, genealogią społeczną, wyposażeniem intelektualnym, a częściowo także systemem wartości. Nie bez znaczenie były różnice pokoleniowe, w zwrotnych momentach dziejów PRL na sceny wkraczały nowe generacje. (…)

Wiele przemawia za tym, że w pierwszym ćwierćwieczu Polski Ludowej początkowo decydujący, a zawsze silny wpływ na decyzje polityczne, mieli członkowie b. Komunistycznej Partii Polski. W grudniu 1945 roku, gdy obradował I zjazd Polskiej Partii Robotniczej, liczyła ona ponad 240 tys. członków (we wrześniu 1944 roku tylko 35 tysięcy!). Co najwyżej 4–5 tysięcy członków PPR, czyli około 2 proc., mogło wywodzić się z KPP i jej przybudówek, takich jak Komunistyczny Związek Młodzieży Polski. Jednak Komitet Centralny partii przed I zjazdem składał się wyłącznie z b. kapepowców i po zjeździe to się nie zmieniło. Na 23 członków KC tam wybranych tylko jeden, Eugeniusz Iwańczyk-Wiślicz, nie miał kapepowskiego rodowodu, a wśród 18 zastępców członków tylko czterech. Na 1087 delegatów zjazdu 659 (61 proc.) legitymowało się przynależnością do KPP. 400 spośród nich nie należało w czasie okupacji do PPR, można więc przyjąć, że przebywali na emigracji w ZSRR. W przedzjazdowych konferencjach powiatowych i miejskich uczestniczyło 1759 b. członków KPP i KZMP, stanowili oni 15 proc. delegatów tych konferencji. W listopadzie 1945 roku w aparacie partyjnym pracowało 881 osób, w tym 467 b. kapepowców. Do „aktywu partyjnego” objętego specjalną ewidencją KC zaliczono w tym czasie 6568 osób, wśród nich 2167 b. kapepowców. Można zatem przyjąć, że około 2 tysiące byłych członków KPP sprawowało rzeczywistą w ładzę w PPR i za jej pośrednictwem w państwie w pierwszych latach Polski Ludowej. (…)

Jacy byli? Przede wszystkim ideowi, gotowi do poświęceń dla sprawy, niekoniunkturalni. Przystępowali do ruchu wówczas, kiedy nie rokowało to żadnej kariery, raczej tylko prześladowania. Był to jednak rodzaj ideowości quasi-religijnej, fanatycznej i nietolerancyjnej, typowej dla ugrupowań rewolucyjnych, zorientowanych na akcję bezpośrednią, a więc połączonych pół militarną dyscypliną. Byli z przekonania marksistami w leninowskim sensie. Afirmowali rewolucyjną przemoc i skłaniali się ku zasadzie: cel uświęca środki. W polityce gospodarczej zorientowani byli na skrajny etatyzm, antyrynkowo. Reprezentowali zatem etos niedemokratyczny, choć równościowy. Było wśród nich nie mało inteligentów z dobrym wykształceniem, przeważali jednak samoucy, jako zbiorowość reprezentowali niezły poziom. W tej kapepowskiej formacji było sporo działaczy pochodzenia żydowskiego, całkowicie zasymilowanych, uratowanych od Zagłady dzięki emigracji do ZSRR. Ich obecność różniła PPR od innych partii, narażała też na ataki o podłożu antysemickim („żydokomuna”), w samej partii na tym tle pojawiały się też podziały, prowadzące do napięć i konfliktów. (…)

Formacja kapepowska rządziła w Polsce Ludowej w dwu odmianach, internacjonalistyczno-serwilistycznej i narodowo-komunistycznej, bierutowskiej i gomułkowskiej. Polityka, którą w pewnym uproszczeniu nazywam internacjonalistyczno-serwilistyczną ujawniła się z pełną wyrazistością w latach 1948–1954. Najistotniejszą jej cechą było traktowanie hegemonii radzieckiej partii i państwa, jako naturalnej i w pełni uprawnionej, a zatem akceptacja zależności od ZSRR w polityce międzynarodowej, a także wysoki stopień gotowości do naśladownictwa radzieckiego modelu w polityce wewnętrznej. Uzależnienie polityki międzynarodowej było w tym czasie raczej nie do uniknięcia, stanowiło konsekwencję Jałty. Uniformizacja polityki wewnętrznej szła jednak dalej niż dyktowała to sytuacja geopolityczna, co świadczyło o ideologicznej gorliwości rządzącej formacji. Mimo kilku projektów modernizacyjnych zgodnych z interesami narodowymi, w całości jej polityka w latach 1948–1954 kolidowała z narodową racją Polski.

Zwrot polityczny 1956 roku w istocie polegał na zręcznym wykorzystaniu w interesie Polski okoliczności o charakterze geopolitycznym. Hegemoniczne mocarstwo znalazło się w sporych kłopotach, spowodowanych z jednej strony walkami sukcesyjnymi po śmierci Stalina, a z drugiej trudnymi do dalszego ponoszenia ciężarami zimnej wojny i podwójnych zbrojeń, konwencjonalnych i rakietowo-nuklearnych. Powstała szansa autonomizacji i częściowego uniezależnienia się państw zwasalizowanych, szansa wykorzystana skutecznie przede wszystkim przez Chiny w Azji i Polskę w Europie. (…)
Określenie „formacja narodowo-komunistyczna” dla ekipy Gomułki wydaje się stosowne dlatego, że pozostając w sprawach ustrojowych na pozycjach doktrynalnie komunistycznych (marginalizująca rynek gospodarka nakazowa, wysokim poziom nieufności do świata kapitalistycznego itp.), broniła autonomii Polski wobec ZSRR, odrzucała uniformizm ustrojowy i polityczny, poszukiwała własnych rozwiązań. Ponadto politykę tej ekipy cechował liberalizm, pojmowany, jako wycofanie się państwa i partii z ingerencji w niepolityczne dziedziny życia i poszerzenie respektowanego zakresu prywatności. Jedynie demokratyzację polityczną, pojętą, jako rozszerzanie partycypacji w życiu politycznym, Gomułka odrzucał ze względów pragmatycznych, obawiał się bowiem, że taka demokratyzacja wywoła nieuchronnie pojawienie silnego nurtu kwestionującego ład pojałtański, co pchnie Polskę ku pozbawionej szans kontestacji realiów geopolityki i zagrozi jej żywotnym terytorialnym interesom. Ta, w istotnym stopniu odmienna od przedpaździernikowej, polityka była realizowana przez prawie identyczne zespoły ludzkie. Dwie trzecie składu KC PZPR pozostawało bez zmian przez 14 lat, od II do V zjazdów PZPR, utrzymała się też w centralnym aktywie partii wysoka pozycja formacji kapepowskiej.

Formacja ta podzieliła się jednak na dwie frakcje. Pod wpływem chruszczowowskiej destalinizacji znakomita większość kapepowskiego środowiska przeszła na pozycje bliskie narodowym komunistom typu Gomułki, jeśli chodzi o relacje z ZSRR, a w odniesieniu do polityki wewnętrznej zbliżyła się nawet do koncepcji demokratyzacyjnych odrzucanych przez Gomułkę. W politycznym żargonie nazywano tą frakcję „puławianami” (od nazwy ulicy w Warszawie, przy której część jej prominentów zamieszkiwała). Trafniejsze byłoby określenie „rewizjoniści”, gdyż ta grupa miała inklinacje do rewidowania leninowskiej wersji marksizmu w kierunku socjaldemokratycznym. Przeciwstawiająca się jej część formacji kapepowskiej, potocznie zwana Natolinem” (w tym przypadku od nazwy administrowanego przez rządową agencję podwarszawskiego pałacyku, w którym jej przywódcy lubili się spotykać), wyrażała w istocie stanowisko neostalinowskie. W 1956 roku cieszyła się radzieckim poparciem i na tym budowała swoje plany polityczne.
Ściśle gomułkowska grupa była nieliczna, mogła rządzić tylko w sojuszu z większością środowiska kapepowskiego, starała się więc utrzymywać zrównoważone relacje z obu frakcjami tego środowiska i korzystać z ich poparcia, sięgała też do innych zasobów kadrowych. Umocniła się wtedy pozycja b. działaczy PPS. Ich obecność w życiu politycznym, głównie dekoracyjna w czasach stalinizmu, po Październiku staję się rzeczywista i znacząca. (…) Umacnia się też udział we władzy członków krajowej PPR z czasu okupacji, stopniowo coraz liczniej pojawiają się również reprezentanci zbiorowości, która do obozu nowej władzy dołączyła w pierwszych powojennych latach.
W drugiej połowie lat sześćdziesiątych polityka ekipy Gomułki znalazła się w impasie, dotychczasowe jej atuty już nie wystarczały. Gospodarka potrzebowała nowych bodźców, na arenie międzynarodowej też otwierały się nowe możliwości. (…) Wywodząca się jeszcze z przesilenia 1956 roku orientacja rewizjonistyczna lansowała propozycje demokratyzacyjne i z nimi wiązała nadzieje. Oddziaływała na część inteligencji oraz na aktywne politycznie środowiska studenckie. Dawna z kolei frakcja konserwatywna, neostalinowska, posterowała w stronę nacjonalistyczno-komunistyczną. (…) Szukała „narodowego” uwiarygodnienia w przymierzu kombatantów II wojny światowej. Zyskała miano „partyzantów”, a wodza w generale Mieczysławie Moczarze, niegdyś stronniku Gomułki, aktualnie ministrze spraw wewnętrznych.

W połowie lat sześćdziesiątych „partyzanci” parli do konfrontacji z frakcją rewizjonistyczną. Liczyli na to, że w walce z tą frakcją zyskają wsparcie Gomułki, a umocnieni sukcesem i utuczeni posadami odebranymi pokonanym zdobędą kontrolę nad całością sceny politycznej. Wykorzystywali w tej walce aparat policyjny, donosy, pomówienia i intrygi. Sięgali do arsenału agitacji nacjonalistycznej i coraz częściej antysemickiej. (…) Słabnący politycznie Gomułka usiłował bronić status quo, gdyż ten układ w danych warunkach geopolitycznych uważał za najbardziej bezpieczny, społecznie zaś optymalny. Nad walkami frakcyjnymi tracił jednak kontrolę. Przesileniem okazały się zamieszki na uczelniach, wywołane splotem nieopatrznych decyzji władz lub – według niektórych autorów – zostały rozmyślnie sprowokowane. „Partyzanci” rozpętali przeciw przywódcom ruchu studenckiego i sprzyjających im profesorów nagonkę antysemicką, która rychło przerodziła się w czystkę aparatu państwowego i gospodarczego z „syjonistów”. Gomułka początkowo przyzwolił na tę nagonkę, licząc, iż zapobiegnie ona przeniesieniu się protestów do zakładów pracy. Sądził, że ekscesy antysemickie zdoła pohamować bez trudu, kiedy tylko zamieszki wygasną. Próbował to zrobić jeszcze w marcu, ale okazało, że nie ma już wystarczającej siły politycznej. Musiał układać z frakcją partyzancką i z innymi grupami nacisku w aparacie partyjnym. (…)

Za plecami rywalizujących u schyłku epoki Gomułki frakcji wyrosła inna formacja o dużej sile i dynamice, początkowo niedostrzegana i niedoceniana – pokolenie ZMP (Związek Młodzieży Polskiej). Jej reprezentacją i emanacją zarazem okazała się ekipa Edwarda Gierka. Liderami ekipy byli Gierek i Jaroszewicz, w składzie kierownictwa PZPR ostało się kilku przedstawicieli poprzedniej ekipy, ale główną siłę i oparcie dawało młodsze pokolenie działaczy, które inicjację polityczną przeszło w latach stalinizmu, a pierwsze wielkie uniesienia przeżyło w 1956 roku. Połowa gierkowskiego biura politycznego i większość komitetu centralnego PZPR rekrutowała się z tej generacji. Sporo tam było współpracowników i kolegów z dawnego ZG ZMP. Co ważniejsze, pokolenie absolwentów wielkiego boomu edukacyjnego lat 50. w tym czasie zdecydowanie już przeważało w aktywie PZPR, w aparacie państwowym i w zarządach gospodarczych. Inny zaś odłam tego samego „pokolenia ZMP” (Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Bronisław Geremek) nadawał ton w pozasystemowej opozycji. W pracy państwowej i szerzej na scenie politycznej do głosu doszła zatem generacja, która dorastała już w Polsce Ludowej. Nie ustanawiała władzy „ludowej”, ani reguł systemu, jedynie je zastała i zaakceptowała realia. Nie nabyła gorliwości ideologicznej, ani pamiętliwości z czasu powojennych walk o ustrój, miała skłonności pragmatyczne i realistyczne. Ponadto nad poprzednikami górowała wykształcaniem, zdobytym już w powojennych szkołach i uczelniach. Była to inteligencja pierwszego pokolenia, w większości wywodząca się ze wsi, jej horyzonty kulturowe nie były zbyt rozległe, ale w porównaniu z „wydwiżencami” lat powojennych reprezentowała znacznie wyższy poziom kompetencji. Choć w marcu 1968 roku wsparła „partyzantów” w antysemickiej hecy i odniosła z tego polityczne profity, po dojściu do władzy natychmiast zmarginalizowała wpływy niezbyt chlubnych sprzymierzeńców, uchyliła też pomarcowe represje sądowo-policyjne.

Wiodącą ideą tego „pokolenia ZMP” była modernizacja o charakterze technokratycznym. Żywiło ono przekonanie, że odnowienie gospodarki poprzez import technologii, głównie z Zachodu, pozwoli zrealizować społeczne ambicje, wzbogacić rynek, podnieść standard życia, a ponadto odświeży legitymizację reżimu wyblakłą wskutek upływu znacznego czasu od renowacji w 1956 roku. (…) Ta koncepcja modernizacyjna zyskała wielką popularność, trafiła też celnie w koniunkturę międzynarodową, w helsiński rozejm w zimnej wojnie, w tani i łatwo dostępny kredyt itp. Legła u podstaw głębokiej korekty polityki państwa, której efektem były trwałe i ważne przemiany w strukturze społecznej (nowa faza uprzemysłowienia, urbanizacji i scholaryzacji), inwestycje w infrastrukturze komunikacyjnej, energetycznej i komunalnej, a przede wszystkim setki nowych lub zmodernizowanych przedsiębiorstw przemysłowych (ich prywatyzacja przez dwa ostatnie dziesięciolecia skutecznie ratowała budżet państwa).

Pod koniec lat 70. „pokolenie ZMP” zostało skonfrontowane z najpoważniejszym kryzysem w dziejach PRL, załamaniem gospodarczym połączonym z gwałtowną społeczną rebelią. Kryzys został wywołany głównie przyczynami od Polski niezależnymi, załamaniem się światowej koniunktury gospodarczej i drastycznym wzrostem kosztów obsługi zadłużenia przy zbyt szeroko zakrojonym programie inwestycyjnym. Ponadto odprężenie ustąpiło miejsca nawrotowi zimnej wojny, co zmieniło postrzeganie spraw polskich na Zachodzie, z prymusa współpracy ponad ustrojami Polska stała się „słabym ogniwem” radzieckiego bloku i pokusą do jego osłabiania. Te zewnętrzne czynniki kryzysogenne zostały pogłębione wielu błędami i niekonsekwencjami polityki wewnętrznej.

Formacja rządząca w szerokim tego słowa znaczeniu w czasie kryzysu lat 1980–1982 uległa silnej dekompozycji. Podzieliły ją walki wewnętrzne oraz rugi personalne wymuszone sytuacją, a także naciskiem populistycznym. Wyjście z kryzysu poprzez stan wojenny, podyktowane pragmatyzmem i Realpolitik, spowodowało istotną korektę systemową. W politycznym procesie decyzyjnym wyraźnie zmalała rola instancji partyjnych, umocniła się samodzielna pozycja aparatu państwowego. W rezultacie część establishmentu związana dawniej z aparatem partyjnym ustawiła się opozycyjnie wobec nowej sytuacji. Przyśpieszyło to procesy formowania się nowego zaplecza kadrowego i społecznego obozu rządzącego. Na scenie politycznej pojawia się nowa generacja, która w czasach Gierka jeszcze studiowała lub co najwyżej debiutowała w organizacjach młodzieżowych. Będzie to ostatnia już formacja wspierająca rządy PRL, nazwijmy ją „formacją okrągłego stołu”. Wywrze wpływ na bieg spraw w ostatnich latach tego państwa i odegra kluczową rolę w budowaniu lewicy w okresie restauracji kapitalizmu. Z niej wyszło czterech premierów III RP – Józef Oleksy, Włodzimierz Cimoszewicz, Leszek Miller, Marek Belka oraz jedyny jak dotąd prezydent dwu kadencji – Aleksander Kwaśniewski. Formacja ta wciąż jest w życiu politycznym obecna, nie należy jeszcze do historii, nie ma zamkniętej biografi i. (…) Była to formacja bardziej już zdecydowanie pragmatyczna i aideologiczna. Nie oznacza to oportunizmu czy bezideowości. Jej wizja dobra publicznego wiązała się z wykorzystaniem szans, jakie otwierały się po zakończeniu zimnej wojny, odzyskaniu pełni suwerenności w układzie międzynarodowym oraz ustanowieniu pluralistycznej demokracji. (…) Śmiało stawiała na gospodarkę wolnorynkową i demokrację polityczną. Nie wyrzekała się socjalistycznego etosu, ale fascynowała się raczej jego socjaldemokratyczną, zachodnioeuropejską odmianą. Ludzie tej formacji byli w tym nastawieniu szczerzy, wręcz neoficko ufni. (…) Ze strony tej „postpeerelowskiej” formacji w całym okresie transformacji nie wyszło ani jedno zagrożenie dla demokracji czy suwerenności. Ze strony zaś postsolidarności takie zagrożenia pojawiały się notorycznie. (…) Formacja okrągłego stołu sprawdziła się na polu narodowym, najpierw zapewniając pokojowy przebieg zmiany ustroju, później urządzając Polskę w nowych warunkach geopolitycznych, w NATO i UE. (…) Gorzej sprawdzała się w obszarze powinności lewicowych. O wiele za mało zrobiła – zwłaszcza wtedy, gdy rządziła – dla ochrony i zachowania ważnych dla ludzi pracy instytucji socjalnego bezpieczeństwa oraz równości szans. Popisała się przy różnych okazjach neofickim zachwytem dla liberalizmu ekonomicznego i schlebianiem etosowi i wartościom swoich rywali. (…) Była ta postpeerelowska formacja wystarczająco demokratyczna i narodowa, a niestety za mało lewicowa. Z tego powodu straciła początkowo bardzo duże wpływy społeczne. Nie stała na dwu nogach, jej socjaldemokratyzm był kulawy. Aby rozwinąć wszystkie swe możliwości musi tę ułomność naprawić. Czy zdoła? Być może, że z tym upora się dopiero następna generacja.

Andrzej Werblan

Były to obszerne fragmenty eseju napisanego dla „Księgi jubileuszowej w sześćdziesiątą rocznicę urodzin Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego” i zamieszczonego w t. 2 tej księgi, wydanej w edycji limitowanej przez Fundację Amicus Europae w listopadzie br. Redakcja.

Nr 33/2014, GRUDZIEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments 
formats

Po wyborach, przed wyborami

Published on 09/12/2014 by in Aktualności

- Jak po wyborach? Zaskoczyły pana? Ich wynik, przebieg…

- Zaskoczenie to słowo bardzo delikatne… One mnie zaskoczyły i oburzyły, dlatego że skala podejrzeń, skala nieprawidłowości jest taka, że… …

 - Że brakuje słów?

-To się zdarzyło po raz pierwszy od 25 lat! W całej III RP nie pamiętam takiej sytuacji. A to, co się zdarzyło jest groźne, dlatego, że jeżeli wiarygodność wyborów jest niewielka, jest podważana, następuje spustoszenie w świadomości obywateli. Wybory, to kościec demokracji. W wyniku wyborów wyłaniani są ci, którzy rządzą, którzy podejmują decyzje. Jeżeli obywatele wątpią w rzetelność i uczciwość wyborów – wątpią również w swoje państwo.

-Co w takim razie można zrobić? Żądać powtórzonych wyborów?

- Ustawodawca nie przewidział takiej sytuacji. Ustawodawca przewidział, że można składać protesty do sądów, ale wyobrażał sobie, że będą to jednostkowe przypadki. W wyborach do Sejmu i do Senatu sprawa jest jasna – ich prawomocność stwierdza Sąd Najwyższy. A w wyborach samorządowych nie ma takiego organu, który by powiedział, że są prawomocne lub nie. Więc od strony prawnej są tylko dwie możliwości – jedna, wynika wprost z konstytucji, że Sejm na wniosek Prezesa Rady Ministrów rozwiązuje organ uchwałodawczy samorządu terytorialnego, jeżeli działa on niezgodnie z ustawą, czy z konstytucją. No, ale trzeba tu przede wszystkim inicjatywy samej premier. Druga możliwość to skrócenie kadencji tego nowo wybranego samorządu. To jest możliwe, jest orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 1998 roku, z którego wynika, że zgodna z konstytucją jest zarówno wydłużona kadencja, jak i skrócona.

 - Ale przecież widzi pan, co się dzieje w mediach! Czy warto się wdawać w taką awanturę?

- To jest zasadnicze pytanie – co jest awanturą? Czy awantura, to niewiarygodne wyniki wyborów, miliony głosów nieważnych, i wmawianie ludziom, że wszystko było OK.? Czy też awanturą jest domaganie się powtórzenia tych wyborów? Ja uważam, że najgorsze będzie to, że jakaś część nowo wyłonionych władz samorządowych nie będzie akceptowana przez obywateli. Dlatego, że będzie podejrzenie, że pochodzą z nieprawego łoża. I, że ten klimat może się przenieść także na następne wybory – a w przyszłym roku mamy dwie kampanie, i to może rzutować na niską frekwencję. Bo ludzie sobie pomyślą – po co mamy chodzić do wyborów, skoro i tak to wszystko jest manipulowane? Oszukane?

 - Bo nie ważne, kto głosuje, ważne, kto liczy… I jak liczy…

- To także będzie rzutowało na stosunek do demokracji, do demokratycznych rozwiązań, do klasy politycznej.

 - Że demokracja to takie coś napisane, a za parawanem kryje się szwindel z liczeniem głosów…

- Dlatego trzeba krzyczeć, żeby nie dawać do ręki argumentów wrogom demokracji, autorytarnej prawicy.

 -  A propos tego krzyczenia – głośny jest zarzut, że awantura to próba przykrycia rozczarowującego wyniku SLD…

- Słyszę to. Ten wynik rzeczywiście nie jest taki, jak byśmy chcieli. Ale my przecież nie wiemy, jaki on jest naprawdę! Jeśli jest około 4 mln głosów nieważnych, jeżeli w wielu punktach wyborczych na karcie wyborczej, w tej kilkudziesięciostronicowej książeczce wyborczej, nie było komitetu wyborczego SLD, to my nie wiemy, jaki naprawdę jest ten wynik. Jeżeli prawie tydzień po wyborach nie ma wyników do sejmików, głosy są wciąż liczone, część komisji wyborczych nie pracuje, te głosy gdzieś leżą, w workach, nie wiadomo kto je pilnuje, i tak dalej… Oczywiście, jakiś wynik został ogłoszony, i przyjmujemy go do wiadomości, ale jest to wynik, którego nie możemy uznać za wiarygodny.

 - Nawet sondaże pokazują, że Sojusz stanął w pewnym momencie…

- To jest dla nas problem. Myśmy największy ubytek zarejestrowali między 2010 a 2011 rokiem. Spadliśmy z 15 proc. w 2010, do 8 proc. w 2011, i cały czas jesteśmy na tym poziomie. To jest oczywiście materiał do bardzo gruntownych przemyśleń. Kiedy tylko wybory się skończą, skończy się II tura, czeka nas praca analityczna. Musimy wszystko zbadać, wyciągnąć wnioski, czy dotyczące zmian programowych czy kwestii strukturalnych. Na pewno musimy się inaczej przygotować, zarówno do wyborów prezydenckich, jak i parlamentarnych.

 - A tak na gorąco, co rzuca się najmocniej w oczy? Coraz bardziej anemicznie działające struktury?

- Te, nawet nie do końca wiarygodne wybory, pokazują, że jest bardzo różna sytuacja w naszych strukturach, nawet trudno to czasami wytłumaczyć – że w dwóch sąsiednich powiatach, niczym się szczególnie nieróżniących, mamy diametralnie różne wyniki. To samo w gminach. To wszystko można wytłumaczyć w jeden sposób – różni są ludzie, którzy kierują komórkami SLD. Więc ten wynik wisi przede wszystkim na ludziach, którzy są autorytetami w swoich środowiskach, albo nie są, którzy prowadzili dobrą kampanię wyborczą, albo jej nie prowadzili. Tylko w ten sposób da się to wytłumaczyć.

 - Nie jest panu żal, że SLD pogubiło sporo fajnych ludzi na różnych zakrętach historii?

- Pewnie, że jest mi żal, jak słyszę, że ktoś był w SLD a teraz dostał się do rady miasta z innego komitetu wyborczego… Ale cóż zrobić, sam kiedyś też odszedłem… Ale wróciłem.

 - Jest szansa żeby tych ludzi jakoś pozbierać?

- Jeżeli popatrzymy na prezydentów miast, którzy zaczynali, jako działacze SLD, a teraz startują z własnych komitetów, wygrywają, to by się pokaźna gromada zebrała… No, tak, niektórzy z tych prezydentów uznali, że ich własny komitet daje większe szanse niż komitet partyjny. I ja to rozumiem, najważniejsze jest, żeby dobry człowiek z lewicy został prezydentem. To też jest ciekawe pytanie – czy w tych wyborach szyld partyjny przeszkadzał czy stanowił szansę na poprawienie wyniku? Ta analiza też nas czeka.

 - A będziecie zastanawiać się, co jest lepsze – przyciąganie do SLD różnych popularnych działaczy, czy raczej wzmacnianie struktur partyjnych?

- Mamy bardzo pojemny komitet, który nazwaliśmy SLD-Lewica Razem, i tam mniej więcej połowa miejsc na listach wyborczych była wypełniona przez ludzi spoza SLD. Oni wprawdzie nie odnieśli wielkich sukcesów, nie ma ich wśród radnych i tak dalej, ale byli, pracowali, zdobyli jakiś kapitał. Tę formułę należy utrzymać i zapraszać inne grupy, żeby razem wystartować w wyborach parlamentarnych.

 - A jak się Palikot zgłosi?

- Myślę, że się nie zgłosi. Jeżeli się mówi o naszej porażce, to, co powiedzieć o Palikocie, który nie ma nic? Wybory samorządowe pokazały, że nie istnieje.

 - Jak zamierza pan funkcjonować w najbliższych miesiącach?

- Przed nami dwa kolejne wyzwania, czyli wybory na urząd prezydenta i do parlamentu. Pamiętając o konieczności przeprowadzenia dokładnej analizy tego, co się stało w wyborach samorządowych, musimy ją tak sprofilować, żeby uzyskać jak najwięcej konstruktywnych wniosków, co do naszej strategii w dwóch kolejnych kampaniach. One nie będą takie same, ale chcielibyśmy, żeby logika wyborów prezydenckich i parlamentarnych była podobna, to znaczy żeby wokół wyborów prezydenckich budować kapitał, który przyda się w wyborach do parlamentu.

  – Czyli będziecie musieli wystawić mocnego kandydata…

- Tak! Jeszcze jakiś czas temu uważaliśmy, że wybory prezydenckie, to jest coś takiego, co należy odfajkować i nie przywiązywać do tego wielkiej wagi. Ale w tej atmosferze, która jest, i która będzie, wygląda na to, że muszą być bardzo poważnie potraktowane.

 - Czuje pan, że taktyką Platformy jest marginalizowanie lewicy? Wypchnięcie jej na margines?Tak jak PiS-owi przeszkadzają ugrupowania na prawo od tej formacji, tak Platformie też przeszkadza coś na lewo od niej…

- Ja uważam, że zarówno dla PO jak i dla PiS-u system dwóch dominujących partii politycznych jest bardzo wygodny, i gdyby mogły, to przekształciłyby obecny system polityczny w dwupartyjny właśnie. Ale Platforma będzie teraz miała kłopot z PSLem, dlatego, że PSL wypnie pierś i zacznie dyktować warunki. I PO się przekonana, jakie to jest miłe…

 - I że pryskają marzenia o systemie PO kontra PiS…

- Owszem, myślę, że i PiS-owi i PO nie uda się zrealizować marzenia o dwupartyjności. Choć, z drugiej strony, nam jest bardzo trudno rozepchnąć tych dwóch głównych zawodników, i to jest jedno ze źródeł naszych kłopotów. Jak to zrobić, żeby nie dać zmajoryzować się jednemu czy drugiemu.

 - Pójdzie pan rozmawiać z Kaczyńskim, zaraz ogłoszą – proszę, głosując na SLD głosujesz na PiS, co za samobój Millera! Pójdzie pan do Kopacz, powiedzą – no, przytula się do PO, wiec, po co głosować na SLD…

- Taką mam sytuację. Jak byłem na zaproszenie pani premier, to część kolegów komentowała – no nie, po co tam poszedł, to źle, to zła gra. Jak spotkałem się z Kaczyńskim – to odwrotnie. Ale partia polityczna nie może być sama, nie może izolować się od innych, zwłaszcza w parlamencie, gdy głosuje się raz tak, a raz inaczej, w zależności od tego, w jakiej sprawie…

 - Wspomniał pan, że Platforma będzie teraz miała kłopot z PSL. Czyli kłopoty będzie miała Ewa Kopacz. Teraz dopiero wejdzie w prawdziwą politykę…

- Teraz zaczną się dla niej kłopoty. Po pierwsze, część jej środowiska powie, że jednak Platforma nie wygrała. I będzie nastrój opowiadania, że gdyby był Tusk, to nie byłoby problemu. Druga sprawa – ona ma teraz silniejszego koalicjanta, który będzie się panoszył. Więc można powiedzieć, że z wyborów wychodzi osłabiona, raz z uwagi na wynik Platformy, i dwa – z uwagi na wzrost siły koalicjanta.

 - Mieliśmy w ostatnich miesiącach cały festiwal różnych afer. Aferę z wyjazdem do Madrytu czterech polityków PiS, aferę podsłuchową, wciąż g łośna byłą sprawa Sławomira Nowaka i jego zegarka, aferę informatyczną… I nic. Odnoszę wrażenie, że Polaków to nie rusza, że się przyzwyczaili…

- Ja również odnoszę wrażenie, że to nie są sprawy, które mogą zaszkodzić. Więc albo Polacy są tak zniesmaczeni, zniechęceni, że machają tylko na to wszystko ręką i nie reagują, albo też Platforma ma jakiś tefl onowy pokrowiec, który powoduje, że wszystko po nich spływa. Choć odnoszę też wrażenie, że w tym pokrowcu robią się szczeliny.

 - Teraz PSL jest teflonowy…

- Można obrażać rolników, można się nad nimi natrząsać i tak nie ma to znaczenia…

 - A może jest tak, że po roku 2005, 2007 władza otrzymała gigantyczne pieniądze, dysponuje tymi pieniędzmi, rozdziela je, i to buduje potężne wpływy w terenie, wśród wyborców. Polak wprawdzie lubi pogadać sobie przed wyborami, ale i tak zagłosuje zgodnie z własnym interesem…

- Możliwe, że tak jest. Przecież prezydenci dużych miast, szefowie sejmików, uczestniczą w dzieleniu dóbr wykorzystując to politycznie. Jak jedzie marszałek sejmiku, żeby dać jakieś pieniądze, to stwarza wrażenie, że daje z własnej kasy, że to jego dobra wola. Tak samo postępują prezydenci dużych miast. Pieniądze w polskiej polityce grają coraz ważniejszą rolę, za nie kupuje się wsparcie polityczne.

 - Wiemy o wyborach prezydenckich, że trzeba będzie budować szerszą koalicję. A w wyborach parlamentarnych?

- Będą jesienią przyszłego roku. Ale trzeba już o nich myśleć, tym bardziej, że będą to najważniejsze wybory w 2015 roku i one przesądzą o układzie koalicyjnym na najbliższe lata, one wyłonią także rząd, który zostanie stworzony przez większość parlamentarną. Naszym celem jest uzyskanie jak najlepszego wyniku, ale też znając miejsce w którym jesteśmy, uzyskanie takiego wyniku, który spowoduje, że bez SLD nie da się skonstruować żadnej stabilnej większościowej koalicji.

 - Żeby wejść do rządu?

- To jest o tyle ważne, że jak jest się w opozycji można mówić, że ma się program, ale nie można go realizować. A przecież na
szym celem jest realizowanie programu.

-  Nie obawia się pan kłopotów wewnątrz SLD? Jedni są załamani, drudzy wściekli, atmosfera nie jest najlepsza

- Wybory to przecież są emocje. I musimy przez to przejść. Ale nie sądzę, żeby to była atmosfera, która byłby w stanie rozsa
dzić partię, zniszczyć ją. Tym bardziej, że jest świadomość, że ten wynik mógłby być inny, gdyby wszystko było uczciwe i przeprowadzone zgodnie z zasadami. W wyborach pojawiły się ciekawe osobowości, sporo młodych działaczy, 30-latków. Pozbieramy takie przypadki z całego kraju, i ta grupa młodych ludzi, która ma dobre rezultaty musi być w orbicie naszego zainteresowania. Trzeba w nich inwestować. I trzeba robić swoje.

 

Rozmawiał Robert Walenciak

Nr 33/2014, GRUDZIEŃ

 
 Share on Facebook Share on Twitter Share on Reddit Share on LinkedIn
No Comments  comments